Rozbieram się powoli, czując wyraźnie, jak sen krąży wokół mojej głowy. Kiedy jestem już nagi, nie mogę jednak znaleźć piżamy. Zmęczenie każe mi się położyć choć na chwilę na pościeli, a że jest przecież gorąco, nie przykrywam się. Teraz rzeczywiście czuję się jak na plaży, ale plaży nocnej. I kiedy już znikam, rozpływam się w ciemności, słyszę skrzypnięcie. Naprawdę nie wiem, czy to sen otwiera drzwi pokoju, czy jawa. Drzwi się zamykają, powraca cisza, lecz w powietrzu wyczuwam jakieś trudne do sprecyzowania drżenie, a może raczej jakiś niepokój, jakieś napięcie. Ale przecież nic się nie zmieniło. Wiem, że jestem tu sam. I nagle czuję, że ktoś, dysząc ciężko, nachyla się nade mną. Błyskają w ciemności oczy i chlasta coś z całej siły o moją twarz, a jednocześnie przygniata mnie jakiś ciężar. Na moim nagim ciele jakieś inne nagie ciało się sadowi, na twarzy zaś wciąż spoczywa coś, co przed chwilą o nią uderzyło, a jest to coś miękkiego, sprężystego, co dusi mnie, przydusza raczej, ciśnie i pachnie jakoś tak dziwnie, jakoś tak odurzająco. Unoszę do twarzy ręce, pragnąc odepchnąć napastnika, pragnąc zdjąć z mojego oblicza to, co nie pozwala mi oddychać, i chwytam dłońmi coś bardzo dziwnego. Jakieś dwie ogromne, miękkie i gorące kule, które to właśnie cisną nieustępliwie moją twarz. Kule, na których powierzchni wyczuwam twarde, sterczące wypiętrzenia. O rety! To piersi! Kobiece piersi! Ogromne, z wyprężonymi, sztywnymi sutkami. Moja głowa znajduje się dokładnie pomiędzy nimi. Ocierają się o moje policzki, o szyję, o czoło. Jednym słowem: zostałem napadnięty przez kobietę; nagą kobietę, która przygniotła mnie golizną swoją niewidoczną, przylgnęła do mnie - gorąca, dysząca i nienasycona. I niby to okazja do zrobienia tego, co tak często wyobraźnię moją zaprząta, ale gdzież tu w takiej natarczywej sytuacji o miłości, seksie i pieszczotach myśleć, kiedy ledwie dycham, przygnieciony, przerażony, unieruchomiony, a wszelkie próby strącenia przeciwnika nie dają rezultatu. A jest on silny, wytrwały i prawdopodobnie gotowy na wszystko. Ale bronię się, robię co mogę, bo piersi, suwając się po mojej twarzy, zatykają, pozbawiają oddechu, a więc i siły. Kiedy czuję na ustach twardy, wielki sutek, chwytam go w desperacji zębami i gryzę z całej siły, ale to tylko wzmaga ochotę w niewidocznej kobiecie, bo przyciska mnie jeszcze mocniej. Nie jest to więc droga do uwolnienia się, muszę działać inaczej. Łapię więc to ciało rozpasane, obejmuję i mam teraz w rękach gorącą, pulsującą wrzącą krwią samicę o silnych ramionach, gładkich, wygiętych w łuk plecach i okrągłych biodrach. I co z tego; nadal, mimo wysiłków, jestem w jej mocy. A ona kręcić się jakoś niecierpliwie zaczyna i czuję nagle, jak jej ręka sunie po moim ciele w dół i już dobrze wiem, że zaraz znajdzie się na moich uwięzionych między jej nogami udach. Wtedy zdaję sobie sprawę, że dzieje się coś, z czym powinienem walczyć, co powinienem za wszelką cenę powstrzymać, ale nie potrafię uczynić tego w żaden sposób. Co robić, jak wpłynąć na tę niesforną część mojego ciała, aby nie kusiła swoją wyuzdaną gotowością, bo przecież tylko wtedy byłbym bezpieczny, nieinteresujący, nieużyteczny, bezpłciowy. Ale nic. Warg zagryzienie - nic, o górze lodowej i obu biegunach zimna pomyślenie - nic. A tymczasem dosięga tego, czego chciała, zachłanna ręka kobiety. Mocno ściska ta dłoń uszczęśliwiona ten pulsujący krwią fragment mojego ciała, tą samą krwią, która jeszcze przed chwilą w głowie mojej była, w rękach moich była, a teraz usztywnia ten niewdzięczny narząd, który zawsze w najbardziej nieodpowiednich momentach dawał o sobie znać. Teraz już się nie wywinę, bo wraz z tym żelaznym, zaciskającym się chwytem uzyskałem tę chęć upokarzającą, od woli niezależną - tak miłą jednak, gdy z własnej ochoty uzyskaną, i tak miłą również, a może bardziej, gdy w wyniku zabiegów kogoś innego powstałą. Odsuwa się od mojej twarzy ciężar piersi ogromnych. Samica siada na mnie okrakiem. Na brzuchu czuję jej drapiącą zmierzwioną sierść i mokrość, i gorącość wielką. A wreszcie napastniczka wprawnie unosi się i nasadza na mnie, wzdychając lubieżnie. No cóż, teraz już nie ma żartów, teraz i u mnie przecież chcenie wielkie, bo czuję się tak, jakbym cały wsunął się w oślizgłe wnętrze, które, gdy choć trochę się poruszy, dreszcz wywołuje we mnie rozkoszny. Łapię więc za gorące uda baby natarczywej, które przywodzą w wyobraźni widok statuetki neolitycznej Wenus, i zaciskam dłonie na napiętym ciele, a kiedy tylko unosi się ono w górę, ściągam je z całych sił w dół z niebywałą, naprawdę niebywałą, satysfakcją. Jak maszyna pracujemy pospołu, jęcząc, dysząc, mrucząc, do rzeczy gadając. Gwałcicielki-kochaneczki nie widzę, bo ciemno, szukam więc dłonią reszty jej ciała, bo tylko uda i pośladki jej natarczywe udało mi się dotąd zlokalizować. Siedzi, unosi się nieznacznie, opada i przesuwa się to w tę to w tamtą stronę, nie wypuszczając jednak mnie ani na chwilę ze swojego podbrzusza. Macając w ciemności, na piersi jej ogromne znowu natrafiam, które dyndają ciągle tuż nade mną, ale czuję, że inne ręce je obejmują - jej własne palce pocierają twarde i czułe wypustki, więc pomagam im w tej mozolnej pracy, co potęguje samiczą radość ze zbliżenia i wzmaga intensywność ruchów jej miednicy. Kobieta jęczy, krzyczy, wrzeszczy i nagle zapiera się i kolanami mnie ściska, bo przyszło na nią wyzwolenie i koniec męki oczekiwania. Ale i ja już w przepaść lecę, już sztywny cały jak struna jestem, a ta sztywność jakoś tak długo, długo trwa, ale kończy się, kończy wreszcie i wyzwolenie wreszcie następuje, które wyczuwa doskonale i ona, z uznaniem mrucząc coś pod nosem. I pierwszy gest jej delikatny czuję, bo kładzie dłoń swoją na mym policzku, a potem ciało całe na mnie układa, mokre, spocone, rozdygotane jeszcze. No, niech już leży, dobrze mi teraz przecież. Strasznie to wszystko się zaczęło, ale kończy się na szczęście spokojnie. Leżymy obezwładnieni marszem do rozkoszy, której ona chciała, a ja nie, ale w końcu zachciałem. Dyszymy jeszcze, mruczymy jeszcze, a dobrze nam w spleceniu naszym, dobrze nam czuć zapach miłosnego wspólnika, ciepło jego skóry i wilgotność potu. W pokoju jest zaś tak gorąco, że nie myślimy nawet o tym, aby się okryć. Ciemność, miły ciężar spoczywający na mnie - to wszystko sprawia, że sen puka do moich drzwi, a ja chętnie go wpuszczam i osuwam się w ciemność jeszcze głębszą niż ta rzeczywista. Sen jest zasłużony, czysty, sen, w którym nie muszą się materializować żadne potrzeby, żadne żale, żadne imaginacje. Jest sen, tylko dla snu istniejący, uwalniający od jaźni, od cielesności, sen - zapomnienie, sen - nieistnienie, sen-sen.