PUNKT OBSERWACYJNY, 2008r. słowo/obraz terytoria

Fragment:
Czasami (bardzo rzadko) pozostawiam swój punkt obserwacyjny.
Wsiadam do samochodu albo pociągu i jadę przez długie godziny gdzieś, gdzie brak jest późnojesiennego błota, gdzie ludzie przesyłają sobie życzliwe spojrzenia, gdzie czas, ten codzienny dręczyciel, przyjmowany jest tak samo pogodnie jak inni mili goście.
Z jesieni miejskiej w jesień wiejską. Z miasta murowanego do miasta drewnianego. Z epoki po królu Kazimierzu Wielkim do epoki sprzed jego panowania. Tu - nieustanne zachmurzenie, tam - słońce i wszystkie barwy jesieni, górski wiatr, dalekie widoki.
Już wiemy, gdzie jesteśmy: w czarodziejskim mieście - Zakopanem. Schodzę z wysoka, z nocnej przystani, jaką było dla mnie maleńkie schronisko na Hali Kondratowej. Schronisko, które wygląda identycznie jak przed laty, kiedy wraz z rodzicami mieszkałem w nim dni kilka i syciłem się pod tą dobrą opieką widokami przepysznymi: w dzień - gór wysokich, a w nocy - gwiazd dalekich. Wczoraj również przyglądałem się nocnym konstelacjom namalowanym wyjątkowo wyraźnie na górskim niebie, które o skaliste szczyty się niegdyś zaczepiło i pozostało tu na zawsze na uciechę zakochanym, zwariowanym i zamyślonym, bo przeważnie takich się tutaj spotyka.
Ale już przecież dzień, słoneczna symfonia, która wzbudza optyczne dźwięki na każdym źdźble trawy, na każdym kamieniu i na mnie - człowieku z plecakiem ogromnym.