| Strona główna | O mnie | Książki | Poezja | Proza | ![]() |
Tatry | Muzyka | Czat | Rękopis | Kontakt |
![]() |
STOPY PANA BOGA, 2000, wyd. I, Zysk
W pewnej chwili las przerzedził się, a ze ścieżki zniknęły ostre kamienie; pokrywał ją drobny piasek. Niewiele dalej musiałem stanąć - droga kończyła się tutaj. Nie ginęła jednak w gęstwinie. Pochłaniało ją coś zupełnie odmiennego. Rozstępujący się szerokim łukiem las tworzył kształt regularnej polany. Było to jednak tylko złudzenie, stałem bowiem przed gładką, ciemną taflą stawu, który przycupnął tu, u podnóża wyniosłych szczytów, i trwał samotnie, jakby na uboczu całego górskiego przepychu. Spokojny i cichy zasnął wieki temu i śnił coś bezustannie w nieprzeźroczystym wnętrzu. Patrzyłem na pozbawioną nawet najmniejszej zmarszczki powierzchnię wody. Tutaj, gdzie las nie zasłaniał nieba, pozostało jeszcze trochę światła. Sprawiało ono, że wznoszący się naprzeciw górski łańcuch powtórzony był w lustrzanym odbiciu wody. Obraz ten stawał się jednak coraz mniej wyraźny. To noc dotykała delikatną dłonią tego miejsca. I ja poczułem jej muśnięcie. Nie odróżniając już konturów drzew, brzegu i siebie samego, wtopiłem się w napełnione wieczornym snem otoczenie. Nie było już mnie, nie było lasu i stawu, jedynie ku górze unosiła się wieczorna mgła, która rozpływała się w gęstniejącej ciemności. |
![]() |
![]() |