Na wieczorze autorskim z okazji ukazania się „Rękopisu zapodzianego
w Saragossie”, prowadząca spotkanie Agnieszka Wolny-Hamkało zadała mi w pewnym momencie pytanie, na które nie zdążyłem wszakże odpowiedzieć, jak nie odpowiedziałem na kilka innych pytań; powód był oczywiście prozaiczny: zabrakło już czasu.

Pytanie zaś brzmiało: Czy czuję się pisarzem?

Rzecz jasna nie zostałem zapytany, czy jestem pisarzem; to była sprawa oczywista, ponieważ występowałem jako autor kilku książek opublikowanych w przyzwoitych wydawnictwach. W zasadzie można by przyjąć, że te pytania niewiele się od siebie różnią, niemniej właściwie do dzisiaj z odpowiedzią
na pierwsze z nich miałbym pewien kłopot. Zdawałoby się zupełnie absurdalny, skoro od kilku lat należę do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich,
a liczba moich publikacji znowu się powiększyła. Moje wiersze zaprezentowane zostały w audycji radiowej Wacława Tkaczuka,
również w radiu zrealizowano dwa moje dramaty, z których jeden dostał nawet wyróżnienie na sopockim festiwalu „Dwa Teatry”. Mam za sobą również premierę sceniczną mojej sztuki, w której grały wielkie gwiazdy naszej sceny: Danuta Stenka i Jan Peszek.
Faktem jest, że pracy literackiej poświęcam sporo czasu, zgłębiając potrzebne źródła, pracując nieustannie nad jakością języka wypowiedzi, szukając oryginalnych form do kolejnych tematów, a nawet – jak
w przypadku „Nowel dwukrotnych” i „Trzydziestolecia” – tworząc nowe formy czy struktury literackie. Ale i to nie pozwala mi wprost powiedzieć, że czuję się pisarzem. Co w takim razie jest potrzebne, bym miał
tę – jedyną w swoim rodzaju – pewność? Popularność? Zyski
ze sprzedaży książek? Ogromne nakłady? Przychylność krytyków? Obecność w leksykonach i encyklopediach? A może listy
od czytelników, takie chociażby jak ten najpiękniejszy, który otrzymałem od kogoś zachwyconego „Stopami Pana Boga”, książką, która miała już dwa wydania, a więc zapewne stoi na półkach większości miłośników gór,
a dokładnie Tatr, gdzie rozgrywa się jej niespieszna, oniryczna akcja.
Ów zachwycony czytelnik napisał:
„Szanowny Panie Krzysztofie,
piszę do Pana, gdyż czytam właśnie "Stopy Pana Boga" i muszę powiedzieć, że mam przez to w domu awanturę, bo tak mnie wciągnęła lektura Pana książki, że zapomniałem o wszystkim, co dookoła mnie się dzieje. Uwielbiam góry – chociaż nie mam możliwości zbyt często ich odwiedzać, a o zapuszczaniu się gdzieś dalej to już w ogóle dotychczas nie mogło być mowy, to teraz, czytając Pana książkę, przenoszę się tam
i z każdym słowem wędruję po tych lasach, polanach, pokonuję strumyki
i wzniesienia i bardzo chciałem Panu podziękować za to, że dane jest mi
w ten sposób zwiedzać miejsca, które są tak piękne, a Pan potrafił to wszystko opisać w ten sposób, że nie da się oderwać od lektury bez żadnego ważnego powodu”.
Czy autorowi potrzebne jest coś więcej niż takie słowa?
Nadal mam jednak problem z odpowiedzią na owo trudne, przytoczone
na początku pytanie. Może więc łatwiej będzie mi odpowiedzieć, kiedy czuję się pisarzem?
Z pewnością czuję się nim, gdy piszę. Gdy biorę do ręki pióro
(... i wydało się, że piszę piórem) i na papierze zaczynają pojawiać się słowa, a kiedy zapełnią dwie, może trzy strony, zatrzymuję się, czytam zapisany tekst i czasem mogę z czystym sumieniem powtórzyć biblijne słowa „I widział Bóg, iż było dobre”. Tak, wtedy czuję się pisarzem.
Ale również w chwilach, gdy po tygodniu mrówczej pracy, po licznych poprawkach i korektach, odczytuję tak długo formowany wiersz i mam pewność, że nic tam nie można już dodać ani nic ująć, a także, gdy
po kilku latach pracy nad powieścią (niemodnie uważaną przeze mnie
za najdoskonalszą formę literacką), po wielokrotnym poprawianiu tekstu
i szlifowaniu kolejnych – czasami kilkunastu – wersji, najeżdżam kursorem komputerowej myszki na znaczek drukarki i klikam z pełną świadomością,
że to jest właśnie to, o co mi chodziło. Tak, wtedy właśnie czuję się pisarzem.