Numerologia niewiele mówi na temat liczby 45
ale ja wiem dokładnie, co liczba ta oznacza
chociaż, kiedy od czasu do czasu staram się uszeregować ciągi cyfr prowadzące do niej (tej wymienionej), zdarza się, że mam z tym problemy
niemniej są przedziały liczb (oczywiście chodzi o wielkości mniejsze od 45.), które dokładnie potrafię prześledzić
najbardziej jednak intrygujące jest to, że tym małym liczbom można precyzyjnie przyporządkować inne liczby, większe
na przykład liczbie 14 liczbę 1974, liczbie 22 liczbę 1982, a liczbie 44 liczbę 2004
ostatnia liczba (ta mniejsza) zapewne niektórym wydała się znajoma
ale mogę wszystkich uspokoić - nie chodzi tu o reminiscencje mickiewiczowskie
tym razem sprawa jest najzupełniej prywatna
wiek 44 lata, rok 2004, październik, miasto Wrocław
budynek liceum ogólnokształcącego; numer nieistotny, numeru nie podam
istotną zaś informacją jest to, że szkoła obchodzi trzydziestolecie swojego istnienia
od liczby 2004 odejmiemy 30 i otrzymamy liczbę 1974, a liczba ta odpowiada (jak już wcześniej napisałem) liczbie 14
nietrudno się domyślić, że pierwsza liczba oznacza rok, a druga związany z nim mój wiek, wiek w którym rozpocząłem naukę w liceum numer… numer nieistotny, numeru nie podam
dzisiaj (trzydzieści lat później) błąkałem się po korytarzach, klatkach schodowych i klasach, które przez ten czas niewiele się zmieniły
zniknęły jednak ze ścian portrety dawnych autorytetów młodzieży: Janka Krasickiego i Hanki Sawickiej, ale - o dziwo - nie pojawiły się w ich miejsce nowe wizerunki: Kornela Morawieckiego i Anny Walentynowicz
oczywiście nie zaprzątałem sobie tym głowy, tylko szukałem wśród tłumu podstarzałej młodzieży znajomych twarzy
i spotykałem kolegów i koleżanki, ale z innych klas niż moja
niektórych rozpoznawałem z trudem, wyłuskując oblicza ukryte pod pajęczyną zmarszczek, pod maskującymi wąsami i brodami, pod zmienionymi fryzurami, ale ciągle tych najbliższych sercu twarzy nie było
oczywiście zdecydowanie więcej przyszło późniejszych roczników, a zatem ludzi młodych, a nawet bardzo młodych
cóż, kiedy wśród nich nie dostrzegałem nikogo znajomego, a przede wszystkim nikogo z tych, których zamierzałem spotkać
tymczasem rozpoczęła się część oficjalna i zaczęto wymieniać nazwiska uczniów, którzy (w mniemaniu jakiegoś nieznanego ciała orzekającego) zrobili życiowe kariery, rozsławiając tym samym mury szkoły, która - jakoby - ich ukształtowała
nie było wśród tego świetnego grona nikogo z mojej klasy, a nawet z mojego rocznika, z wyjątkiem jednej tylko osoby, która (według odczytanych słów) zrobiła karierę międzynarodową
trochę mnie to zdziwiło, ponieważ - o ile pamiętałem - działalność ta polegała na handlu ciuchami, które ów zawsze elegancki osobnik sprowadzał z zagranicy, a dokładniej z Niemiec, gdzie miałem go okazję kiedyś spotkać pewnej brudnej jesieni na frankfurckim Flohmarkcie
poza tym wymieniano nazwiska, które mi się z niczym nie kojarzyły
dopiero część artystyczna - przygotowana przez obecnych uczniów liceum, którzy doskonale bawili się na scenie, parodiując zapewne swoich nauczycieli, czego my, goście, mogliśmy się jedynie domyślić - rozładowała nieco sztywną atmosferę, a już zadeklamowanie przez jedną z uczennic mojego wiersza (jedynego jaki napisałem) mającego na celu uczczenie przyznania przed laty szkole sztandaru, wywołało mój wielki entuzjazm, który osłabł jednak w chwili, kiedy podano jako autora kogoś zupełnie innego
ale jakże miałbym wymagać od organizatorów dokładności w tej materii; w końcu wiersz powstał prawie trzydzieści lat temu, a zatem w czasie, kiedy nie miałem pojęcia o istnieniu praw autorskich
wieczorem w jednym z ładniejszych lokali w mieście odbywał się bal, na który poszedłem z nadzieją spotkania wreszcie kogoś z mojej klasy, ale i tym razem się zawiodłem
uciekając przed natarczywością pewnej nauczycielki, której waga od czasu mojej matury zwiększyła się przynajmniej dwukrotnie, wpadłem w objęcia przystojnej blondynki, która - ponieważ pozostawiła w domu trójkę dzieci i ukochaną teściową, nie mówiąc już o mężu - starała się z całych sił wykorzystać okazję do odreagowania codzienności, co czyniła, pijąc ponad miarę, tańcząc ponad miarę, a następnie, już nad ranem, przerabiając (wraz ze mną) wszystkie bardziej znane pozycje z Kamasutry, kilkakrotnie urozmaicane czynnością odbierania telefonu komórkowego, w którym odzywał się za każdym razem donośny głos jej zatroskanego męża
na szczęście bateria telefonu się wyładowała i mogliśmy wreszcie spokojnie zwieńczyć ten miły poranek, wybierając na zakończenie jak najbardziej tradycyjną konfigurację seksualną
Krystyna - tak miała na imię moja kochanka - zostawiła mi wszystkie możliwe namiary i raz jeszcze podkreśliła, iż maturę zdawała w roku 1990, co tłumaczyłoby zaskakujący dla mnie początkowo fakt, że mieliśmy tego samego wychowawcę
1978 + 3 x 4 = 1990
i już zaraz zbiegała po schodach, z nadzieją, że trójka dzieci, mąż i ukochana teściowa jakoś sobie bez niej w ten poranek poradzili
wracając do naszego wychowawcy, to oczywiście pracował nadal w szkole, choć niezmiennie od lat obiecywał, że jak tylko doprowadzi do matury kolejny rocznik - przestanie być już nauczycielem, ale pozostawał i - co nie ulegało wątpliwości - z czasem stał się po dyrektorze (twórcy świetności liceum) najważniejszą w szkole postacią
poznał mnie z trudem i wiele musiałem włożyć wysiłku w to, aby przypomnieć mu naszą klasę, ponieważ odniosłem wrażenie, iż uważał, że był nie naszym wychowawcą, lecz klasy równoległej, do której uczęszczał ów kontrowersyjny, wymieniony na akademii osobnik
zawsze miałem przekonanie, że to, co pierwsze, pamięta się najlepiej; do tego zaliczyłbym pierwszą miłość i… pierwszą klasę, której wychowawcą się było
w końcu doszedłem do wniosku, że musiał istnieć jakiś ważny powód, dla którego ów nauczyciel wymazał nas z pamięci, a potwierdzeniem tego przypuszczenia był fakt, iż absolwenci kolejnych doprowadzonych do matury roczników pozostawali z nim w wielkiej zażyłości
jego przyjacielski stosunek do Krystyny był tego najlepszym przykładem, ale to właśnie dzięki niemu (przyjacielskiemu stosunkowi) mogłem ją poznać
więc mimo wszystko zasłużył ten niewdzięczny wychowawca na moją wdzięczność, stał się bowiem nieświadomym pośrednikiem między mną a parą imponujących piersi Krystyny, które - mimo iż wykarmiła nimi trójkę dzieci i prawdopodobnie z powodzeniem zaspokoiła manualne ambicje swojego męża - były nad wyraz piękne i - co mnie niesłychanie ekscytowało - czułe na najdelikatniejszy nawet dotyk
natomiast wracając do owego może niezbyt fortunnego porównania pierwszej miłości z pierwszą pracą, będzie zapewne stosowne o mojej pierwszej miłości (nie namiętności - to akurat jest inna historia) powiedzieć, która to (miłość) zamieniła się w moim przypadku w małżeństwo
i cóż za zbieżność!
ostatni raz widziałem swoją małżonkę (byłą małżonkę) w maju 1990 roku, a zatem w czasie, kiedy Krystyna zdawała maturę, i - to pamiętam doskonale - kwitły wtedy kasztany, co jest przysłowiowo związane z czasem zarezerwowanym dla matur; nie da się jednak ukryć, że w roku 1978, kiedy to ja stanąłem do boju o świadectwo dojrzałości, kwitnących kasztanów nie dostrzegłem, choć niewątpliwie w ich cieniu skradłem kilka namiętnych pocałunków swojej późniejszej żonie, która - cóż za zbieżność - chodziła do tej samej klasy ogólniaka, co ja
nie omieszkałem o tym wspomnieć Krystynie i… spotkałem się ze zrozumieniem, ponieważ i ona uległa fascynacji kolegą z ławki, czego efektem było małżeństwo, urodzenie trójki dzieci i zaistnienie ukochanej teściowej, które to fakty uniemożliwiły jej w późniejszym czasie - kiedy zadała sobie sprawę, że życie ma w zanadrzu jeszcze kilka innych przyjemności - podjęcie decyzji o rozwodzie
ja nie miałem podobnych przeszkód i - jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki - stałem się pewnego dnia roku 1985 człowiekiem wolnym, co zaowocowało tym, że przy najbliższej nadarzającej się okazji spakowałem manatki i wyjechałem z naszego kraju, który - od momentu podjęcia decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego (dla młodszych czytelników podam datę: 13 grudnia 1981) - nie był najprzytulniejszym miejscem na ziemi
ale skoro o małżonkach mowa, może stosowne będzie wspomnieć, że - zanim Krystyna wyszła z mojego mieszkania - zaproponowała, abyśmy wspólnie odwiedzili moją eksżonę, co było jej reakcją na dociekania związane z nieobecnością całej klasy na trzydziestoleciu szkoły, a w szczególności nieobecnością mojej byłej żony, na którą to obecność bardzo liczyłem
oczywiście umówiliśmy się u mnie, co niezbicie wskazywało na to, że dobry jest każdy pretekst, aby wskoczyć do łóżka, nawet jeżeli tym pretekstem ma być była małżonka, z którą przecież również dzieliłem swego czasu łoże
zanim jednak dzień ponownego spotkania nastąpił, był inny dzień, który postanowiłem wykorzystać na spotkanie z kolegą z klasy, który z pewnych względów nie mógł się żadną miarą zjawić na trzydziestoleciu, był więc usprawiedliwiony, a jego miejsce zamieszkania - tu nie miałem najmniejszych wątpliwości - było takie samo od 27 lat
wyprawę tę połączyłem z pewnymi obserwacjami, które prowadziłem już od momentu powrotu z zagranicy, a dotyczyły one porównywania miejsc, które pamiętałem z okresu przed moim wyjazdem w 1985 roku a powrotem w roku 2004, nie mogłem bowiem brać pod uwagę moich krótkotrwałych wizyt w międzyczasie, które w całości zajęte były porządkowaniem spraw urzędowych narastających do rozmiarów niebotycznych podczas mojej nieobecności w kraju
zwracałem więc uwagę na chodniki, krawężniki, odnowione fasady kamienic i - od czasu do czasu - ludzi, którzy wydawali mi się podobni do kogoś, kogo kiedyś znałem, ale - ze względu na znikome różnice, jakie zaszły w ich wyglądzie - nie mogli być tymi samymi osobami, ponieważ każdy powinien mieć teraz przynajmniej dwadzieścia lat więcej
na sklepy - rzecz jasna - nie zwracałem uwagi, ponieważ dosadność porównania ich zawartości z lat 80. z asortymentem, jaki serwowały dzisiaj, byłoby czystą perwersją, tym bardziej, że prawie nie różniła się (owa zawartość) od tego, co serwują handlowcy w całej zachodniej Europie, która przez ostatnie 19 lat łudziła mnie pozorem domu
kiedy przed moimi oczami pojawiła się potężna bryła dworca kolejowego, pojawiła się również nadzieja, że jego wnętrze będzie tak samo pięknie odnowione jak fasada, która z szaroburej zmieniła się w żółciutką niczym kurczątko, a i plac przed dworcem zamiast kociołbowej kostki ułożony był z wszechobecnych w nowej rzeczywistości zgrabnie zazębiających się kostek betonowych
nadzieja zgasła, kiedy wszedłem do środka, bo - pomimo usytuowania tu i ówdzie budek serwujących podśmierdujące sympatycznie kebaby - wszystko było po staremu, jak i po staremu wyglądał podmiejski pociąg, będąc równie brudnym, a może nawet brudniejszym pociągiem niż dawniej, a wchodzące w jego skład wagony były wagonami antykami, a ściślej mówiąc, wagonami o 26 lat starszymi od tych, którymi jeździłem w czasach szkolnych, aby odwiedzić Ryszarda, który jako jedyny z klasowych kolegów mieszkał poza Wrocławiem, w historycznym mieście Oleśnicy
sceneria widoczna zza okien pociągu była wyrazem daleko posuniętej degeneracji, przerażając miejscami widokiem, jaki zapamiętałem z oglądanych w dzieciństwie licznych filmów wojennych, szczególnie tych, które się rozgrywały na gruzach Berlina zdobywanych przez dzielnych radzieckich żołnierzy, członków zwycięskiej armii nowego typu
stacja Oleśnica Rataje również uległa podobnej degeneracji, zaświadczając jakoby o niepotrzebności transportu kolejowego w nowych czasach, które stawiały na motoryzację, a więc na coś, co zasmradzało nam i tak już dobrze zatrute powietrze
sądziłem, że trudniej będzie mi dotrzeć do miejsca, gdzie spodziewałem się znaleźć Ryszarda, ale tutaj nie zmieniło się prawie nic od roku 1978, a więc roku, kiedy ostatni raz go odwiedziłem
naturalnie, obszar zabudowy powiększył się, co sprawiło, że w pierwszej chwili poczułem się nieco zagubiony, ale już zaraz stanąłem przed grobem, na którym obok imienia Ryszard widniało również nazwisko i data śmierci, czyli 4 czerwca 1978 roku
zbieżność tej daty z dniem, w którym skończył się bal maturalny (skończył się nad ranem) nie jest przypadkowa
grób był zaniedbany, ale w jednym miejscu, pomiędzy zeschłymi gałęziami, które zapewne kiedyś stanowiły coś w rodzaju wieńca, a może wymyślnej wiązanki, leżał świeży kwiat, który - najprawdopodobniej - położył jakiś harcerz, ponieważ zawsze było w zwyczaju, że harcerze porządkują zapomniane groby, a przynajmniej zapalają na nich światełka, ale oprócz kwiatka leżało tam jeszcze coś, co żadną miarą nie mogło być położone przez skauta, bo nie pasowało do powagi miejsca wiecznego spoczynku
mały pluszowy miś, dziecięca zabawka, wciśnięty był między pustą doniczkę i wypalony zapewne już kilka lat temu znicz
obraz ten zachowałem w sobie aż do następnego dnia, a dokładniej do momentu kiedy zabrzmiał dzwonek
za drzwiami stała Krystyna; pachnąca, uśmiechnięta, świeża i powabna
bez słowa pognaliśmy do sypialni i w milczeniu zaczęliśmy spełniać obrządek próżności erotycznej, ale starczyło również czasu na to, aby usiąść przy kawie i nacieszyć się patrzeniem na siebie, a w takiej komitywie, która komitywą przez pościel, miło się na siebie patrzy, chociaż - kiedy zaproponowałem drugą kawę - Krystyna odmówiła, tłumacząc, że jeżeli chcemy dotrzeć do mojej byłej żony, zanim pójdzie spać, należy natychmiast wyruszyć
znaleźliśmy się niebawem w małolitrażowym samochodzie teściowej Krystyny, w którym patrzyła na nas dziecina niesiona przez Świętego Krzysztofa - patrona kierowców, i pod tym bacznym spojrzeniem przejechaliśmy całe miasto, by zatrzymać się pod długaśnym budynkiem z lat 60., gdzie spędziłem kilka nieprawdopodobnych lat, które w pewnym wypadku mogłyby wystarczyć za całe życie
co ciekawe, tutaj, jak w scenerii mojej wczorajszej wyprawy, czas również się zatrzymał, cóż bowiem może zmienić się w miejscu, które na trwałe wyposażono w ogromne betonowe bloki, dyktując tym samym, jakie otoczenie tych kolosów będzie
35 i 84
tym razem to nie daty, ale numer bramy i numer mieszkania, cóż że znane mi doskonale, skoro dzwonienie domofonem niewielki przyniosło rezultat, bo w głośniku tylko pies wściekający się odzywał
z pomocą przyszedł lokator z parteru, którego dokładnie pamiętałem, ale on - najwyraźniej - mnie nie pamiętał, choć przecież przed laty, w 1982 roku zajął piwnicę przynależną mieszkaniu o numerze 84, a z piwnicą węgierski autosyfon i maszynę dziewiarską overlock, przez poprzednią lokatorkę pozostawione
pamięć sąsiada z parteru nie działała, ale działała widna, która na dziesiąte piętro mnie i Krystynę zawiozła, a w windzie kradliśmy sobie pocałunki i uściski; coś mi to przypomniało, ale mętnie, mętnie…
a na dziesiątym piętrze czas zatrzymał się w tym miejscu, kiedy to ostatni raz drzwi mieszkania numer 84 zatrzasnąłem, obarczony skarbem wielkim, czyli magnetofonem szpulowym Aria, który miałem na plecach (w plecaku), rzeczą ostatnią, którą zabrałem ze wspólnego gospodarstwa, rzeczą, która w 1997 roku odpłynęła wraz z wyposażeniem piwnicy rodziców z wielką wodą, jaką powódź wrocławska była, powódź tysiąclecia
ale zanim się wyprowadziłem z magnetofonem na plecach, kilka lat tu mieszkałem, kilka grudniów tu przeżyłem, które zawsze nastręczały sporo trudności w związku z koniecznością zaspokojenia potrzeb obu rodzin (rodziców i teściów), co do spędzania z nimi Wigilii, to tu to tam, a czasem tu, a potem tam; zawsze wywoływało to napięcia i zakończyło okres dzieciństwa, czyli czas szczęśliwych świąt
"ding-dong" - odezwał się mechaniczny dzwonek, w który wyposażone niegdyś były wszystkie mieszkania w blokach z wielkiej płyty; cóż za dźwięk, dźwięk czas cofający
można dzwonić, dzwonić i dzwonić, i… nic
Krysia bawi się dzwonkiem, bo takowego nie zaznała, ale te drzwi (do których dzwoni) się nie otwierają, a otwierają się inne, te naprzeciw, i staje w nich sąsiadka, którą dobrze pamiętam, ale - to trochę dziwne - ona nadal ma swoje 35 lat, a ja już jej wiek dawno przekroczyłem, i nie dość na tym, bo na sobie ma tę samą sukienkę, jaką zawsze za mojego pobytu tutaj nosiła
ale to nie ona, tylko jej córka, a mama umarła na nerwy, bo naprzeciw mieszkało pewne małżeństwo, które orgie urządzało i spać mama nie mogła, więc w zakładzie zamkniętym wylądowała i umarła w końcu
na szczęście uciążliwi sąsiedzi rozwiedli się i wyprowadzili, ale od czasu do czasu właścicielka zagląda, aby posprzątać i na wypadek, gdyby ktoś pytał, adres zostawiła
z adresem w ręku już do windy zmierzałem, gdy Krystyna (coś nie dawało jej spokoju) raz jeszcze do drzwi z dzwonkiem podeszła, ale nie zadzwoniła, tylko klamkę nacisnęła i… drzwi się otworzyły
Bonnie and Clyde weszli do środka, a ciemność mikroskopijnego socjalistycznego korytarza sprawiła, że nagle wszystko stało się możliwe, również i to, że można się przenieść do roku 1985, a więc tego, w którym ostatni raz tutaj byłem
kiedy Krystyna zapaliła światło, ugięły się pode mną nogi, ponieważ nic a nic, nawet wzór tapety, nie zmieniło się w tym wnętrzu od chwili, kiedy z niego wyszedłem z magnetofonem Aria na plecach
zaś w dużym pokoju czas nawet się cofnął, bowiem w miejsce nowej szafy, kupionej na rok przed moim odejściem, stała stara szafa, którą niegdyś rozłożyliśmy na części pierwsze, by łatwiej ją wynieść, a w miejsce kolorowego telewizora marki "Rubin" powrócił czarno-biały granit
kanapa, na której zdradzałem swoją małżonkę, okryta była narzutą, którą okrywano moje dziecinne łóżeczko, a dywan nosił ślady pozostawione przez niedopałki rozrzucone na imprezach towarzyskich, jakie co tydzień tutaj się odbywały, doprowadzając - jak już się dowiedzieliśmy - sąsiadkę z przeciwka do choroby nerwowej
"skansen" - powiedziała Krystyna
"skansen mojego życia" - uściśliłem
słowo to powiedziałem, patrząc przez szybę samochodu teściowej Krystyny, kiedy mijaliśmy ogromny betonowy bunkier - pozostałość po ostatniej wojnie, dobitnie zaświadczająca, że miasto zasłużyło na miano Fertung Breslau; przynajmniej wiosną roku 1945
dom, w którym mieszkała moja eksżona też był ogromny i nieładny, ale z twierdzą jednak nie miał nic wspólnego
niemniej, ilość policyjnych samochodów, które zgromadziły się na niewielkim parkingu przed wejściem, zdawała się świadczyć, że dom ten znajduje się pod szczególną ochroną
Krystyna zdezorientowana, pełna niepokoju i przypuszczeń, że przed momentem coś tutaj się wydarzyło i jej wspólna ze mną obecność może zostać ujawniona przy ewentualnym legitymowaniu świadków, gotowa już była wycofać się, gdy w bramie domu pojawili się umundurowani policjanci z pogodnymi - co nie częste przecież - obliczami
beztroskie zachowanie stróżów porządku wymazało strachy Krystyny, już zatem po chwili staliśmy przed błyszczącymi z nowości drzwiami windy, wymieniając uwagi na temat klatki schodowej budynku, która przypominała raczej hotelowe wnętrze niż dom mieszkalny; obrazy, donice i brak walających się śmieci
w obliczu drzwi mieszkania odważna dłoń Krystyny (zdecydowanie odważna) odnalazła przycisk dzwonka i uruchomiła w ten sposób jakiś przedziwny mechanizm, który wygenerował krótki fragment muzyczny - o ile mnie słuch nie mylił - kompozycji Jeana-Philippe'a Rameau
na ten sygnał natychmiast otworzyły się drzwi i stanął w nich człowiek w mundurze policjanta
tym razem już nie można było się wycofać, więc wyjaśniłem grzecznie, kim jestem i do kogo przyszedłem
policjant był dobrze zorientowany i najwyraźniej przejęty odwiedzinami, bo już-już unosił dłoń, by zasalutować (miał czapkę), ale w ostatniej chwili powiedział tylko, że jego żona czeka na mnie od dobrej godziny i poprowadził nas do pokoju
oszołomiony mundurowym teatrem, rozejrzałem się po nowocześnie, a zatem ascetycznie urządzonym wnętrzu i zamiast swojej byłej żony zobaczyłem tylko jakąś korpulentną panią ostrzyżoną na ostrego jeżyka z wściekle czerwonych włosów
szukałem więc nadal mojej Ewy, szczupłej, by nie powiedzieć chudej osoby, o delikatnych rysach i sylwetce małej sarenki
tymczasem Krystyna witała się z panią o czerwonych włosach (ciocią Ewy?), zwracając się do niej ku mojemu zdziwieniu "pani Ewo", tamta zaś mojej kochance odpowiedziała "pani Krystyno", co oznaczało, że te kobiety się znają
umundurowany mąż przyniósł trzy filiżanki z kawą i trzy talerzyki, na których pobłyskiwały słuszne kawałki tortu węgierskiego z (tu nie miałem najmniejszych wątpliwości) "Filipinki", cukierni znajdującej się na drugim końcu miasta
głos, głos grubej pani o imieniu Ewa był głosem mojej byłej żony
ale ciocia czy, powiedzmy, starsza otyła siostra mogła przecież mieć głos podobny, należało więc przysłuchać się uważnie rozmowie, by z jej sensu wysnuć, kim jest ta czerwonowłosa niewiasta
kobiety rozmawiały o kradzieży torebki należącej do Krystyny, o świadkach, o zeznaniach i o policji…
i policja wyjaśniła wszystko: ta Ewa pracowała na policji, miała męża policjanta (tak elegancko podającego tort węgierski) i mieszkała w domu zbudowanym przez policyjną spółdzielnię
to oczywiście było zaskakujące, tym bardziej zaskakujące, że pozbyłem się właśnie wątpliwości dotyczących tożsamości masywnej kobiety o rudych włosach, dochodząc do wniosku, że jest to jednak moja była żona, choć fach, jaki w tej chwili wykonywała, był bardzo odległy od fachu, do jakiego przygotowały nas wspólne studia inżynierskie na wydziale budownictwa
ale wygląd pasował do policyjności, bo wygląd był wręcz srogi i budził respekt
rozmowa nadal krążyła wokół ukradzionej torebki i żeglowała teraz w stronę sprawcy przestępstwa, którym okazał się (cóż za zbieg okoliczności) Piotr - kolega z klasy (mojej i Ewy), który za to i za wiele innych przewinień przebywał obecnie w odosobnieniu, co w sposób kategoryczny tłumaczyło jego nieobecność na trzydziestoleciu szkoły
nieszczególnie czułem się, słuchając tych kryminalnych historii opowiadanych, a w zasadzie przepowiadanych, przez kobiety znajdujące się w jakiejś niezrozumiałej komitywie, w której kwiatkiem do kożucha zdawało się być, iż jedną z nich była moja żona, a drugą kochanka, która jeszcze dwie godziny temu wykrzykiwała głosem pokutnicy: "tak, właśnie tak, jeszcze, jeszcze!"
to, że nie zajmowano się mną, wskazywało na fakt, iż w tym domu prawdopodobnie matriarchalne porządki panowały, a potwierdzał to pojawiający się bezszelestnie mąż, który uzupełniał usłużnie zawartość filiżanek, a w pewnym momencie zapytał nawet szeptem, czy niczego nie potrzebuję, bo on musi teraz zająć się porządkowaniem kuchni i nie wyjdzie z niej, dopóki nie skończy zmywania naczyń
mąż wyszedł i jakby na ten znak Ewa zadała pytanie: "dlaczego przez tyle lat nie zaglądałeś, nie pokazywałeś się, a przecież wiem, że bywałeś w Polsce często"
skąd wiedziała, że odwiedzałem kraj ojczysty, skoro czas przyjazdów poświęcałem na bieganinę po urzędach, a jeżeli został wolny dzień czy dwa, zwykle natychmiast ruszałem w republikę wolną Tatr, by odciąć się od świata
rozmowa powróciła znowu do Piotra, który połączył te kobiety (podobnie jak ja teraz), ale kradzieżą torebki połączył, a nie związkiem intymnym
miałem już dość damskich rozmówek, więc wchodząc w słowo, głośno powiedziałem to, co wcześniej pomyślałem, a mianowicie, że Piotr (z tego co słyszę) jest usprawiedliwiony, jeżeli chodzi o nieobecność na trzydziestoleciu szkoły, ale Ewa nie jest
"jak zapewne wiesz - odparła była małżonka (a ja wcale nie wiedziałem) - pracuję na policji i w związku z tym nie dysponuję dowolnie swoim czasem, a już kiedy jest wielka akcja, dla przykładu obława na bandę Alberta Flasza, muszę iść, choćby to było w środku nocy; dlatego mnie nie było"
"Alberta Flasza?" - zapytałem zdziwiony, bo nazwisko to wydało mi się znajome, a nawet nie tylko znajome, ale wręcz znane z kart książki Niewiarygodne przygody Mark Piegusa
widząc moje zdziwienie, była połowica wyjaśniła, że to pseudonim owego rzezimieszka, przybrany zapewne na część bohatera dzieciństwa, którym - jak widać - nie był Marek Piegus lecz jego prześladowca, Albert Flasz
ale to mnie już nie interesowało, ponieważ istotniejsze wydawało mi się przywołanie pamięci Piotra, ale Piotra z lat dawnych, kiedy się jeszcze nie stoczył i kiedy to w roku 1976, a może w 1977, razem z Ryszardem, który również jeszcze się nie wyalienował z towarzystwa, piliśmy piwo i marzyliśmy o przyszłości, ale przyszłości wówczas tej zupełnie niedalekiej, bo studenckiej, która wtedy wydawała nam się miarą dorosłości i życia w ogóle
czasy te nadeszły, ale już nie dla Ryszarda, którego ziemska wędrówka skończyła się na cmentarzu w Oleśnicy 4 czerwca 1978 roku, ale i dla nas nieszczególnie były (te czasy) podobne do wyobrażeń z roku 1976 czy 1977, ja bowiem zaanektowany zostałem na pięć długich lat przez zwodnicze uczucie do kobiety, która teraz przede mną siedziała, Piotr zaś, mimo iż studiował na AWF-ie, zakosztował w mocnych trunkach, co z pewnością w dużym stopniu utrudniło mu czynne uczestnictwo w kulturze studenckiej
o tym oczywiście jedynie myślałem, głośno stwierdziłem zaś, że rozumiem wszystko doskonale, że nieobecność Ewy na trzydziestoleciu jest usprawiedliwiona; w takim jednak razie tyko ona, Ryszard i Piotr mają alibi, a reszta - nie
wytłumaczyła, że nie może odpowiadać za innych, tym bardziej, że od kiedy wstąpiła do służby państwowej, bardzo rzadko spotyka kogoś z naszej klasy (no, chyba że właśnie Piotra, ale to z racji zawodowych)
Krystyna słuchała obojętnie tych wyjaśnień, oddychając równo, ale ta równość oddechu wprawiała jej fantastyczny biust w kołysanie, które sprawiało, że pożądałem jej, a pożądałem (co było rodzajem perwersji) w obliczu byłej żony
widząc mój stan, wstała Ewa i ciało swoje zaprezentowała w całej obfitej okazałości, ciało na wikcie policyjnym wykwitłe, albo na sterydach koniecznych do powiększania masy mięśniowej w policyjnych siłowniach
wstała jednak nie w celu pokazania, jak świetnie wygląda, ale po to, by z biblioteczki (szczuplutkiej; jak to w większości domów) wyjąć książkę, którą mi następnie pod nos podsunęła
autorem dzieła był - co mnie niesłychanie zdziwiło - ktoś o imieniu Krzysztof i nazwisku naszego kolegi z klasy (który też miał imię Krzysztof)
po otwarciu książki na wewnętrznej stronie tylnej okładki ukazało się jednak oblicze znane, choć zakamuflowane nieco brodą - i był to bez wątpienia Krzysztof, nasz kolega z klasy
1998
to rok wydania książki Krzysztofa, o której nie wiedziałem nic, a nawet przecież nie widziałem, że Krzysztof w ogóle cokolwiek pisze; to już raczej ja, jako autor wiersza o sztandarze, uchodziłem za kogoś, kto mógłby ewentualnie zaistnieć jako człowiek pióra
"przeczytaj dokładnie tytuł" - poleciła Ewa takim tonem, jakiego zapewne zwykła używać będąc w mundurze (siedziała znowu na sofie)
tytuł miał w sobie słowo Bóg, a zatem świadczyłby o tym, że nasz Krzysztof doznał olśnienia i - mimo świeckiego wychowania, jakie zafundowała nam edukacja w latach 1974-1978 i działaniu ówczesnych instytucji - dla przykładu TKKŚ, czyli Towarzystwa Krzewienia Kultury Świeckiej - skręcił do kościoła
"o Tatrach" - wyjaśniła moja była żona, bo zapewne zauważyła moją głupia minę
"o Tatrach" - powtórzyłem i przeczytałem podtytuł, który sporo w tej sprawie wyjaśniał
"w mojej klasie był poeta, wydał tomik wierszy, ale zaraz potem zginął w wypadku" - dodała beznamiętnie Krystyna
ale ja tego nie słuchałem, zdumiony byłem bowiem faktem, że Krzysztof napisał książkę o górach, o moich górach, o moim azylu z lat wygnania
"masz z nim kontakt?" - zapytałem
"chyba astralny" - odparła Krystyna, sądząc zapewne, że chodzi o jej nieżyjącego poetę
"nie - odpowiedziała Ewa - i nie znam nikogo, kto wie, gdzie dokładnie mieszka, ponieważ zaszył się na wsi czy w lesie i nikt go od dawna nie widział"
i nie udało mi się dowiedzieć niczego więcej, bo właśnie okazało się, że moja była żona musi zaraz iść spać, ponieważ jutro o świcie ma kolejną akcję łapania Alberta Flasza czy Wieńczysław Nieszczególnego, i tak dalej
w pośpiechu, bo i Krystynę czas naglił, zostałem uwieziony w noc ciemną pod dom, w którym mieszkała moja kochanka wraz z mężem, trójką dzieci i ukochaną teściową, ale - co mnie mile zaskoczyło - przed wypchnięciem mnie z małolitrażowego auta, posługując się umiejętnościami naprawdę wyjątkowymi, za zasłoną pokrytych wydychaną przez nas parą wodną szyb, oddała mi się najpiękniej jak potrafiła
ale zaraz potem zostałem jednak wypchnięty z samochodu i znalazłem się sam na nocnej ulicy, rozdygotany jeszcze miłosnym spełnieniem, z książką Krzysztofa w ręku i z brakiem odpowiedzi na kilkadziesiąt pytań, których nie zdążyłem zadać swojej byłej żonie
ruszyłem wolno, licząc kolejne kroki, aby zagłuszyć dotyk i zapach kobiety, który niczym kokon trwał wokół mnie, a to przypominało mi przecież moje powroty do domu z roku 1979, powroty od mojej byłej żony, która była wtedy moją dziewczyną czy narzeczoną, ale tamto było łapaniem życia, w które wchodziłem, a to przecież jest łapaniem tego, co powolutku, ale nieustępliwie, odchodzi
ściskam w dłoni książkę Krzysztofa i myślę sobie, że musi on tam, gdzieś w swoim środku, być do mnie podobny, bo ja schroniłem się za osłoną granic, a on pod osłoną drzew się schronił
nie znaliśmy się dobrze, ponieważ nie mieliśmy wspólnych zainteresowań, a więc łączyły nas tylko przypadkowe rozmowy na przerwach, jakieś wspólne pisanie referatu, ale z jakiego przedmiotu, tego nawet nie pamiętałem, chociaż… była jeszcze jakaś wycieczka klasowa
rok 1976
Szklarska Poręba, a może Karpacz, nie, chyba Szklarska Poręba
maj roku 1976, czas matur (wtedy licealiści z niższych klas jadą na wycieczki), a my z Krzysztofem wracamy z jakiegoś nieoficjalnego wieczornego spaceru, być może po równie nieoficjalne piwo czy wino, palimy papierosy, zapewne sporty (teraz nie palę) i robimy wszystko, by ten powrót rozciągnął się jak najbardziej, ponieważ mamy nad głowami Mleczną Drogę, a to przecież dla mieszczuchów coś niezwykłego
Krzysztof mówił, mówił i mówił - wywód był natury egzystencjalnej, powoływał się w nim na słowa filozofów, o których nie miałem wtedy zielonego pojęcia, ponieważ dopiero po wyjeździe za granicę przyplątały się do mnie trzy spracowane tomy Tatarkiewicza - a w jego słowach czułem wielki smutek, wielki żal, a ten żal mieszał się z zimnymi blaskami gwiazd
i został pisarzem, a to tak abstrakcyjne, jakby został kosmonautą; tak, mniej bym się zdziwił, gdyby został kosmonautą, bo przecież 27 czerwca 1978 roku Mirosław Hermaszewski, kuzyn naszego klasowego kolegi, Jurka, poleciał w kosmos, co przyjęliśmy za rzecz oczywistą, zgodną z ówczesną propagandą sukcesu
myśląc o takich podniebnych sprawach, szedłem pustą ulicą, nie wiedząc nawet dokładnie, gdzie idę, ale szedłem przez centrum miasta, tak dobrze wydreptane w dawniejszych, wspomnianych czasach, czasach powrotów od mojej byłej małżonki
kiedy przeciąłem ciasną uliczkę niedaleko rynku, nagle dotarł do mnie przenikliwy dźwięk trąbki; ostry, ale czysty, w kunsztownie pokręcanej bebopowej melodyjce
soczysta fraza zatrzymała mnie w miejscu, czyli przy wejściu do klubu jazzowego "Rura", do którego już nie zdążyliśmy pójść razem z Ryszardem, ponieważ jego historia (Ryszarda) skończyła się wiosną 1978 roku, a wrota tego muzycznego przybytku otworzyły się dopiero w 1980 roku
z Ryszardem chodziliśmy za to na koncerty Jazzu nad Odrą i wybraliśmy się do Warszawy na Jazz Jamboree, aby posłuchać jesienią roku 1976 mistrza Gila Evansa
przed klubem tablica z plakatem, a na plakacie zdjęcie, z którego uśmiecha się znajoma twarz Andrzeja, tego samego Andrzeja, który dołączał czasem do mnie i Ryszarda w jazzowych eskapadach, ale dołączał nie ze względu na umiłowanie jazzu, lecz z uwagi na to, że grał w szkolnej orkiestrze na jakimś ogromnym blaszanym instrumencie, robiąc raczej dużo hałasu, a mniej muzyki; szczególnie udało mu się to na uroczystości wręczania sztandaru, kiedy deklamowano mój wiersz
noc przyprowadziła mnie zatem do drzwi klubu, gdzie - wszystko na to wskazuje - gra Andrzej na tym swoim ogromnym instrumencie z wywiniętą czarą głosową, którego nazwa zaczyna się na literę "s"
płacę za bilet cerberowi i wchodzę w sferę muzyki, dymu tytoniowego i ciepła, jakie wydają stare dobre marshalle i młode piękne nieokryte zbytnio ciała kobiet towarzyszących miłośnikom jazzu
cholera, na scenie rzeczywiście Andrzej, i to nie kto inny tylko właśnie on dmie w trąbkę, wydając te piękne dźwięki, które mnie tutaj zwabiły i których nie powstydziłby się sam Woody Show
a ja sądziłem, że to jego granie to kaprys przemijający, wygłup, fascynacja młodzieńcza podobna do naszej z Ryszardem, choć co ja mogę powiedzieć o Ryszardzie, w końcu może słucha teraz Coltrane'a z Parkerem w jakimś klubie po tamtej, ciemnej stronie
przeganiam jakąś wydekoltowaną małolatę, której alkohol pozrywał wszystkie hamulce (o ile jakiekolwiek posiadała) i siadam przy pustym stoliku w cieniu (wszędzie tutaj cień), ale oto muzycy schodzą z estrady, oklaskiwani słabiutko, ale rzetelnie, a Andrzej prosto do mnie zmierza z tym swoim uśmiecham, po który bym poznał go nawet na tamtym świecie, o którym przed chwilą myślałem
"poprzedniej nocy grałem w Sztokholmie z Olsenem, a dzisiaj tutaj - mówi, przywołując kelnera, a gdy ten się pojawia, zamawia jakieś niemożliwe ilości trunków
kiedy wspominam o trzydziestoleciu szkoły, tłumaczy, że ta Szwecja była ważna, bo nagrywał tam płytę, więc to oczywiste, że nie mógł się zjawić
wyjaśniam, że ja byłem - jak się okazało - jedynym delegatem naszej klasy, i to właściwie delegatem nie klasy, tylko samego siebie, ale to teraz nie jest ważne, bo mnie interesuje, jak to się stało, że Andrzej jest muzykiem i to muzykiem jak się patrzy
"no przecież grałem w szkolnej orkiestrze na suzafonie, a jeszcze przed maturą zacząłem grać z zespołem, big-bandem, który prowadził na Bikupinie pan Wyczółkowski - taki starszy z wąsikiem; i tam już na trąbce"
"nic nie wiedziałem" - mówię zgodnie z prawdą
"no, może z tobą na ten temat nie rozmawiałem, ale z Ryszardem tak; zresztą przecież w dniu balu maturalnego, kiedy grałem koncert z big-bandem na wyspie, był ze mną" - powiedział po niepokojąco długiej chwili
i zaczyna historię, która rozgrywała się w dniu poprzedzającym datę 4 czerwca 1978, datę jaka widnieje na grobie Ryszarda
ja zaś czuję się dokładnie tak samo jak kilka godzin wcześniej, kiedy trafiłem do swojego dawnego mieszkania, które opuściłem w roku 1985, ale teraz jesteśmy jeszcze głębiej; z pomocą alkoholu (czysta whisky w ilościach ogromnych) i oparów dymu pogrążamy się w regresji hipnotycznej…
"to był taki piękny dzień…" - mówi Andrzej, a ja już widzę ten poranek ciepłej wiosny, kiedy wypłynął z przystani "Zwierzynieckiej" rzeczny statek wycieczkowy, wioząc na swoim pokładzie kwiat organizatorów kultury na doroczną imprezę plenerową, zamykającą sezon, a kilkunastu muzyków z zespołu Edwarda Wyczółkowskiego (cieszących się, że załapali się na żarcie i piwo) razem z nimi, a skromnym dodatkiem był Ryszard, który chciał po raz pierwszy posłuchać kolegę grającego jazz
"całą drogę, kiedy płynęliśmy, Ryszard mówił, całą drogę…"
"o czym mówił?" - pytam, bo przecież to wszystko, co działo się tamtego dnia i następnego poranka, nurtuje mnie do dzisiaj, przez 18 lat nie dając (podobnie jak Iwanowi Bezdomnemu) w księżycowe noce zasnąć
"o niej mówił, tylko o niej" - odparł Andrzej, a ja miałem zapytać, o kogo chodzi, ale muzycy już się ustawiali na scenie i trębacz okazał się tam nieodzowny, pozostawiając mnie samego; jak zawsze samego
małolata, którą przegnałem przy wchodzeniu, nie pytając o nic, przysiadła się do stolika, jakoby zasłuchana w muzykę
nie ma prawie piersi, za to ma usta od ucha do ucha; istny obiekt dla Nabokova
"przyjaźni się pan z Andrzejem?" - pyta nagle, nie patrząc wcale na mnie
kiwam głową
"i my się dobrze znamy" - wyjaśnia, a ja staram się zrozumieć, co znaczy to w dużych ustach dziewczyny
jest ładna, uroczo się uśmiecha, ale jej twarz nie ma historii, to wszystko dopiero przed nią i być może Andrzej, może ja, może inni mężczyźni wymalują na jej pustym jeszcze obliczu charakter; ulepią ją niczym stwórca
muzyka snuła się po klubie, wyganiając niepotrzebnych gości, zaś ja trwałem niewzruszony na posterunku, pogodzony z obecnością małolaty, aż do chwili, kiedy muzyka snuć się przestała, kiedy ostatni bis został odegrany
nie zwrócił uwagi Andrzej na małą dziewczynę, jakby jej obecność była czymś oczywistym, a opowieść, którą kontynuował, nie zaczęła się w miejscu, gdzie skończył, ale ominęła kilka lat, które - być może - opowiedział, będąc na estradzie
"na dzień 13 grudnia 1981 roku wyznaczyliśmy próbę zespołu, który - wreszcie, po naprawdę żmudnych działaniach - udało się sklecić, a wybór niedzieli był jakby na pamiątkę prób z big-bandem pana Wyczółkowskiego, też w dzień święty niegdyś odprawianych"
"stan wojenny, godzina policyjna, ja i trąbka, na której niezbyt dobrze grałem; i wolny czas w nadmiarze - więc zacząłem ćwiczyć, ćwiczyć, pracować samotnie aż do roku 1983, kiedy w lecie załapałem się na warsztaty w Chodzieży, a tam przecież całe środowisko jazzowe, więc nawiązałem kontakty i tak się właściwie zaczęło"
"jesienią pojechałem na festiwal do Warszawy; zaczynał go Marsalis, kończył Davis"
20-23 października 1983 roku
i już nic więcej Andrzej nie powiedział, tylko poszedł spakować swoją trąbkę, a następnie grzecznie się pożegnał i zniknął w resztkach dymu, jaki pozostał po gościach klubu, pozostawiając mnie z niedosytem dotyczącym historii, która rozegrała się 3 czerwca 1978 roku
nocą czarną szedłem z dziewczyną o małych piersiach i wielkich ustach, ściskając nie jej wąską kibić, ale książkę Krzysztofa
dziewczyna gadała bez przerwy, trajkotała jak najęta, a ja zacząłem coś kojarzyć, wyławiać w potoku słów te właściwe, które układały się w coś sensownego
ona mnie znała, widziała mnie kilka dni temu na trzydziestoleciu szkoły
uczniowie przygotowali uroczystość, akademię, na której czytała jakiś głupkowaty wiersz o sztandarze i pomagała redagować notatki o ważnych absolwentach, a szczególnie zaciekawił ją ten, który zrobił międzynarodową karierę; zresztą pomógł jej w pisaniu charakterystyki
jak miałem jej w takiej sytuacji wytłumaczyć, że było kilka ciekawszych osób, że przecież chodził z nami do szkoły Krzysztof Mieszkowski - redaktor Notatnika teatralnego, że są ważni naukowcy, profesorowie, że jest przecież i pisarz, i zmarły poeta, o którym wspominała Krysia
dziewczyna urodziła się w roku 1988
1988
co może wiedzieć o świecie; o moim świecie
mówi dalej, gada dalej, opowiada, że któryś z nauczycieli (zupełnie nie kojarzę nazwisk) powiedział, iż spodziewał się tego, że absolwenci jednej z klas nie zjawią się na trzydziestoleciu, bo coś takiego się zdarzyło w przeszłości, że nikt z nich nie będzie chciał się pokazać, no, może z jednym wyjątkiem, z wyjątkiem ucznia, który zawsze stał z boku, który się nie angażował
"który nauczyciel to mówił?" - pytam przejęty
"nauczyciel WF-u"
dziwne, nie pozostał przecież w szkole żaden z dawnych nauczycieli wychowania fizycznego, a mieliśmy ich dwóch, z których pierwszy się rozpił i umarł (spotykaliśmy go z Ryszardem w knajpach, gdzie przesiadywał za stolikiem zastawionym masą kieliszków, z czego - wstyd przyznać - korzystaliśmy), a drugi odszedł ze szkoły wtedy, kiedy zdaliśmy maturę i - o ile się nie mylę - wyjechał za ocean
ale już wkroczyliśmy w sploty ulic starej dzielnicy miasta, gdzie drzemały zaniedbane secesyjne kamienice
jedną z tych kamienic znałem dobrze, bo mieszkała tam koleżanka z klasy, Teresa, ale w roku 1976 wyprowadziła się i przeniosła do bloków wielkopłytowych w południowej części miasta; południowej, czyli tej, gdzie w roku 1945 podczas zdobywania twierdzy powstały rozległe place
to wyprowadzanie się ze starych dzielnic (ja też w takiej mieszkałem) było symboliczne - ludzie z ambicjami nadążenia za nowoczesnością porzucali wielkometrażowe mieszkania bez wygód (piece, zimna woda) na rzecz klitek z wielkiej płyty wyposażonych w "wygody" i karaluchy buszujące po nieszczelnych zsypach
okazało się, że małolata mieszka w tym samym domu, z którego wyprowadziła się Teresa w roku 1976
już miałem zapytać, czy moja koleżanka tutaj się czasem nie pojawia, ale zdałem sobie na szczęście sprawę z irracjonlności takiego pytania, dlaczego bowiem ktokolwiek przy zdrowych zmysłach miałby pojawiać się po trzydziestu prawie latach w starej ruderze, w której miał nieszczęście kiedyś mieszkać
małolata zniknęła w czarnej czeluści, a ja już niedaleko miałem do domu, do mieszkania po rodzicach, które po moim powrocie zająłem z całym inwentarzem poniemieckich bibelotów i ebonitowych płyt szybkoobrotowych z nagraniami Maricki Rück
kąpiel, łóżko, a w łóżku zapach Krystyny, zapach jej perfum, jej ciała, jej pożądliwości, zwielokrotnionej kobiecej energii i mojego poddania się jej urokowi, z całą świadomością nietrwałości tego związku, a może właśnie na przekór tej świadomości
sen nie przychodzi, więc zapalam lampę przy łóżku i wyciągam dłoń po książkę Krzysztofa, dokładnie ją przeglądam i znajduję wewnątrz zakładkę, którą prawdopodobnie pozostawiła Ewa, ale zaraz okazuje się, że jest to kartonik-reklamówka klubu jazzowego "Rura", na którym widnieje imię Agnieszka i ciąg cyfr
0666555389
za cyframi szkolnym pismem zanotowane: zadzwoń do mnie, koniecznie
małolata z ustami od ucha do ucha, o imieniu Agnieszka, wsadziła tę kartkę do książki, ponieważ czegoś ode mnie chce; o czym nie wiem, o czym nie mam pojęcia
wracam do książki, którą przeglądam tym razem bardzo dokładnie, a przeglądanie to pokazuje, że książka nie była przeczytana, że ktoś dotarł tylko do strony piętnastej, bo dalej było kilka nierozciętych kartek
prawie nic Ewa nie powiedziała o Krzysztofie, może rzeczywiście nic nie wiedziała, może natrafiła na książkę w księgarni, kupiła ją i… nie przeczytała, znudziła się, nie miała czasu
o Krzysztofie nikt nie mówił, bo Krzysztof był czymś w rodzaju naszego wyrzutu sumienia
wyrzut sumienia - ponieważ zawsze żył tak, jak chcieliśmy żyć, a jak nie żyliśmy; zgodnie z ideałami, jakie wpojono nam na lekcjach wychowawczych w latach 1974-1978
bo wtedy, w latach 70. dwudziestego wieku istniało coś, co zwało się ideałami, a co dzisiaj, gdy ideały osiągnęły dno, może wydać się nieco dziwne i podejrzane
w połowie książki trafiłem na opis starego domu w Zakopanem
"dom rzeźbiarza, dziadka Kasi, krył się między wielkimi świerkami, dorównując im dumą i wysokością"
nie miałem wątpliwości, że byłem tam kiedyś z Ewą
pobyt w Zakopanem w roku 1983
tuż po zakończeniu Rajdu Lenina (no cóż, co roku był taki rajd), w ostatnim tygodniu września przeszliśmy całe Polskie Tatry, śpiąc w schroniskach i w zasadzie nie schodząc do Zakopanego, z wyjątkiem jednej nocy, kiedy zatrzymaliśmy się właśnie u Kasi, w starym domu, pełnym mroku i młodopolskich duchów
nie jest możliwe, by napisać to, co napisał Krzysztof, bez pobytu w tamtym domu i to w tamtym czasie, bo wiem, że niedługo później wszystko się zmieniło; duchy przegnano, a światło objęło domostwo w niepodzielne panowanie
ale tej nocy tego nie wyjaśnię, bo sen na to nie pozwoli, podsuwając obraz mojej byłej żony, widok ust młodziutkiej Agnieszki, geometrię piesi Krystyny i zapach jej perfum, który trwać musi w powietrzu, bo przecież kilka godzin temu była tutaj i kochała się ze mną
kochała się również kilka dni później, chociaż - co zauważyłem z przykrością - zapał do miłości nieco osłabł i już po godzinie trwania w najtradycyjniejszym układzie intymnym, stwierdziła (z pełną świadomością nieosiągnięcia obopólnej satysfakcji), że zaraz musi być w centrum miasta, gdzie umówiła się ze swoją ukochana teściową
podczas ubierania się, zapytała o moje dociekania związane z licealną klasą, a ja zrelacjonowałem jej spotkanie z Andrzejem, w trzech słowach opowiadając jego historię, historię muzyka jazzowego
"muzyk jazzowy? - zdziwiła się - ale to przecież nie jest trendy; kto tego słucha?"
"jak to? - zaprotestowałem - ja słucham, i cóż zresztą oznacza to trendy; czy, na przykład, Bach jest trendy?"
pierwsza kłótnia nie trwała długo, ponieważ Krystyna, mimo iż była już spóźniona, na powrót zdjęła stanik, uwalniając tym samym swoje ogromne i niesłychanie ekscytujące (mnie) piersi, a na ten widok zamilkłem i dokończyliśmy to, co było niedokończone
kiedy biegliśmy przez miasto, aby moja kochanka mogła spotkać się - mimo wszystko - z teściową, czułem jeszcze radosne ciepło, które prysło nagle na rzecz chłodu, jaki ogarnął mnie na widok kobiety, z którą Krystyna wylewnie się przywitała
osoba ta była bowiem dobrze mi znana, a znane były mi jej oczy, usta i cała reszta, którą pewnej majowej nocy w roku 1978 oglądałem z wielkim zainteresowaniem i zdumieniem (jako że była to pierwsza kobieta, którą "na żywo" oglądałem nagą)
13 maja 1978 roku
splot sprzyjających zdarzeń sprawił, że w pokoju słynnej XX-latki (akademika żeńskiego) zostałem na noc i w miarę swoich ówczesnych możliwości wykorzystałem tę sytuację
nie sposób opowiedzieć o tym pierwszym razie, bo to spawa na wskroś intymna, ale że było to dla mnie wydarzenie istotne - nie można zaprzeczyć
w maturalnej klasie miałem wielkie kłopoty z językiem rosyjskim
nie, w żadnym razie nie ze względów ideologicznych czy politycznych
uwielbiałem literaturę rosyjską i radziecką, płakałem jak bóbr na wojennych filmach, a nawet starłem się wierzyć w bajki o socjalizmie, którego trudności realizacyjne - zgodnie z ówczesna doktryną - zdawały się być czymś przejściowym
a zatem miałem kłopoty z językiem rosyjskim (chodzi o oceny) i jak z nieba spadły wtedy do mojej klasy maturalnej praktykantki - studentki ostatniego roku rusycystyki - które w zastępstwie naszej nauczycielki (dość głupiej, młodej osóbki, która, z niezrozumiałych względów, mnie nie znosiła) prowadziły lekcje
z jedną z nich się zaprzyjaźniłem po tym, jak dostałem z rzędu kilka piątek
chodziliśmy spacery, koncerty, rozmawialiśmy o poezji
ale była to znajomość czysto platoniczna (jeżeli nie liczyć nocy z 13 na 14 maja 1978 roku)
teściowa kochanki kochanką
teściokochanka mnie nie poznała, a jej zielone oko błysnęło tak, jak błyskało w roku 1978, a więc zalotnie
kiedy jednak wyznałem Janinie (tak miała na imię) kim jestem, ów błysk nagle zmatowiał, a następnie przybrał okropną belferską bezpłciową postać (bo była, jak można się spodziewać, nauczycielką)
i nigdy nie miałem się dowiedzieć, czy zapomniała o naszym tete-a-tete, czy tak dobrze zamaskowała się wobec jego faktu
być może jednak, że moja męska wartość w roku 1978 była tak znikoma, że zbliżenie, do którego wtedy doszło, uznane zostało za nic nie warte, a zatem za niebyłe
patrzę na zielone oczy i zastanawiam się, co w takim razie z mężem Krystyny, który przecież musi być jej synem, a skoro chodził do jednej klasy z Krystyną, w jednym przecież są wieku
zatem w roku 1978, kiedy mieszkała Janina w XX-latce, a ja do niej tamtej nocy wiosennej trafiłem, musiał jej synek mieć dobrych kilka lat
i już wyświetlała mi się cała sytuacja w wyobraźni, w której jakaś ciotka Janki zajmuje się jej dzieckiem, aby ona mogła skończyć studia
zmatowiało zielone oko, a dziewczyna z pięknego wspomnienia zmieniła się w praktykantkę, która postawiła mi kilka piątek
jakby w odpowiedzi na tę pomyślaną przeze mnie konkluzję, teściowa stwierdziła, że nic a nic nie umieliśmy języka rosyjskiego, no, może z wyjątkiem Asi, naszej koleżanki
"Asia? - wtrąciła Krystyna - Asia, która nas odwiedza?"
teściowa wyjaśniła, że to ta sama osoba
wtedy wspomniałem o trzydziestoleciu szkoły, tłumacząc nim znajomość z Krystyną, i zaraz zapytałem, czy nie mógłbym się dowiedzieć, dlaczego Asi nie było na uroczystości
"sam ją możesz o to zapytać" - odparła zielonooka, mówiąc mi na ty, skracając zatem dystans
"ale chyba nie ma czego żałować - dodała - bo moja Krystynka przebalowała całą noc i wróciła koło południa w takim stanie, jakby nie na zabawie była, ale przy kopaniu rowów"
na te słowa spłoniła się moja kochanka, spłoniłem się i ja, bo jak żywe stanęły mi przed oczami ekscesy, które wtedy połączyły nasze zgłodniałe ciała
na szczęście stosunki między zielonooką teściową (ciągle atrakcyjną kobietą) i jej synową (posiadaczką biustu cud) były wzorowe, nie miałem więc podstaw do obaw, że nasza zażyłość z Krysią zostanie wykryta
"mój drogi - powiedziała Janka, a powiedziała to znowu tonem belferskim - zapraszamy do nas, bo przez spóźnienie Krystyny nie załatwimy już tego, co było do załatwienia"
podreptałem za kobietami jak na ścięcie i podobnie jak wtedy, gdy Krystyna z Ewą rozmawiały o swoich sprawach (kradzież torebki), tak dzisiaj synowa z teściową o swoich sprawach, egzotycznych dla mężczyzny, gadały, gadały i gadały
w ładnym miejscu (w dzień ładniejszym niż w nocy) stał budynek plombowy, gdzie mieszkanie Krystyny się znajdowało, mieszkanie ogromne, dwupoziomowe, z kilkoma łazienkami
straż pełnił małżonek, ogromny, dwumetrowy mężczyzna, przystojny jakby z Hollywood przyjechał, o głosie jak dzwon, w którego obecności dwie kobiety malutkie się stały i ciche jak myszki - zaświadczając o fakcie, że tutaj patriarchat panował niepodzielnie
"to o panu tyle Krystyna mówiła - powiedział na mój widok - o panu opowiadała, a ja ciekawy byłem, jak to się do szkoły chodziło w latach 70., a ponieważ mamy trójkę dzieci (gdzie u diabła teraz były te dzieci?) wydelegowaliśmy Krysię na uroczystości i bal, ale informacji żadnych nie przyniosła poza jedną, że chodził kiedyś do naszej szkoły jakiś ważny gość, o którym wcześniej nie słyszałem"
tymczasem panie, drepcząc na paluszkach, przyniosły herbatę z ciastem, i na paluszkach też wyszły, pozostawiając mnie sam na sam z ogromnym mężem Krystyny
"czym się pan zajmuje?" - zapytał, ale takim tonem, jakby śledczym był co najmniej, a mnie do głowy przyszło, że może - jak moja była żona - również pracuje na policji
mętnie wyjaśniłem, czym się zajmuję, a właściwie czym muszę się zajmować, bo zawsze uważałem, że praca (przynajmniej moja) to rzecz dla świata zbędna, a już dla mnie w szczególności
ale mąż miał na tę sprawę pogląd odmienny i cmoknął aż z uznania, kiedy wyliczyłem wszystkie konstrukcje, które przy moim udziale powstały
"dla mężczyzny - powiedział - to rzecz odpowiednia, tworzyć rzeczy materialne, których dotknąć można, bo nic gorszego niż gryzipiórki produkujące wyimaginowane sprawki, wiersze, traktaty i inne bzdury"
odmienne miałem zdanie, bo miłośnikiem byłem poezji (nie tylko z racji nieszczęsnego wiersza o sztandarze) i prozy, i filozofii, a jedynie teatr był mi obcy, ponieważ stan psychiczny, jaki mnie ogarniał tuż przed podniesieniem kurtyny, kiedy gaszono światło i zapadała cmentarna cisza, był nie do zniesienia
nieśmiało zapytałem, czym zajmuje się ów mąż, mąż Krystyny, dziewczyny o piersiach doskonałych, których widok mógłby wystarczyć za obcowanie z niejedną kurtyzaną
"zarządzanie masami ludzkimi" - odparł poważnie, ważąc słowo każde, a nacisk największy położył na "masami"
"a zatem kolejny nierób - pomyślałem - tylko co mu ci gryzipiórkowie przeszkadzają, w końcu ktoś przecież pisze opasłe tomy opracowań dotyczących zagadnień zarządzania innymi"
tymczasem na stół wtoczyły się sałatki, które przegnały olbrzymiego męża, ale zaraz okazało się, że nie dlatego wychodzi, bo w sałatkach nie gustuje, ale z powodu ważnych obowiązków wzywających go na jakieś spotkanie; zapewne w celu udoskonalenia dominacji nad ludzkimi masami
tak się teraz pracuje, każdy czas na pracę dobry, a przecież jeszcze dobrze pamiętam tę czarodziejską piętnastą czy piętnastą piętnaście, kiedy zamykało się za sobą drzwi i wychodziło, zapominając natychmiast o obowiązkach służbowych, czego zaznałem między rokiem 1983 a 1985
i jakby w odpowiedzi na tę kwestię rozległ się dzwonek, a zaraz po dzwonku pojawiła się Asia
"zadzwoniłam po Joannę" - wyjaśniła zielonooka teściowa, widząc moje zdziwienie
i Joanna witała się z paniami, z wychodzącym mężem, a zaraz i ze mną się witała, ale jakoś nazbyt serdecznie się ze mną witała, choć nasze stosunki, umacniane wspólnym uczęszczaniem do ogólniaka, wspólnym studiowaniem, a następnie wspólnym pracowaniem - upoważniały do dużej zażyłości
miesięcy kilka w pracowni projektowej rewaloryzacji naszego pięknego miasta, które wtedy, w latach 1983-1985, nie wyglądało lepiej niż w dniu zakończenia ostatniej wojny (o bunkrach wspominałem)
dziwne to było pracowanie, które polegało na nic-nie-robieniu od godziny ósmej do mniej więcej trzynastej (o, jakże ważnej wtedy godziny), a owo nicnierobienie polegało na gadaniu, a jeśli nie na gadaniu to na chodzeniu na spacery po mieście lub od czasu do czasu do kina
Asia uśmiecha się i mówi, że świetnie wyglądam, i mimo iż nie widziała mnie od roku 1985, od razu poznałaby mnie na ulicy, a ja patrzę na nią, na jej twarz pooraną zmarszczkami i myślę, że jej bym w żadnym razie nie poznał
Joanna nie była nigdy ładna, ale można było ją lubić, a już za owe spacerowanie leniwe po mieście, które z nią odprawiałem - szczególnie
ale czy tylko za spacerowanie, czy jedno lato, pierwsze lato w pracy, a zatem pozbawione urlopu, nie naznaczone zostało jeszcze czymś, co łączyło mnie z tą spokojną i wiecznie zamyśloną osobą płci - o paradoks - pięknej
nie ma czasu na dociekania i przypomnienia, bo jest czas spowiedzi, w którym muszę umieścić wszystkie lata od ostatniego widzenia się z Jooanną, a opowiadając, myślę cały czas, jak tu zapytać o trzydziestolecie szkoły, o jej na nim nieobecność, więc na koniec swojej poskracanej do granic możliwości opowieści o to właśnie pytam
"nie mogę tego powiedzieć" - tłumaczy, uśmiechając się
słyszę to dobrze, ale słyszeniu swojemu nie wierzę, bo jakież to w tej sprawie mogą być tajemnice, jakie
na tym się jednak audiencja skończyła i Joanna poszła, a i dla mnie się audiencja skończyła, bo teściowa Krystynę wysłała do dzieci (gdzie u licha tak cicho one siedziały?), a mnie wyprowadziła na zewnątrz i wskazała miejsce w małolitrażowym samochodzie, który zdążyłem już dobrze poznać
"Asia - zaczęła Janina zielonooka - do dzisiaj pracuje w biurze rewaloryzacji"
i opowiada, że zaprzyjaźniły się już wtedy, gdy była praktykantką (nic o tym nie wiedziałem), a gdy powtórnie się spotkały w czasie matur jej syna, znajomość się odnowiła
"ale skąd wtedy, w czasie matur w roku 1990, wzięła się w szkole Asia?"
"ona co roku bywa w szkole na maturach, to w ramach jakiegoś sentymentu… coś, co wiąże się z wydarzeniami sprzed lat"
już jestem pewny, że niczego na ten temat się nie dowiem, więc myśl moja w inna stronę żegluje, a mianowicie do syna Janki a męża Krystyny, o którego wreszcie zapytać postanawiam, a to w kontekście takim, że wtedy, gdy złożyłem jej wizytę w XX-latce, już od kilku lat był na świecie (co wydedukowałem wcześniej), a poczęty został zapewne pod jej maturalnymi kasztanami
"kto jest ojcem twojego syna?" - pytam więc wprost, dziwiąc się śmiałości swojej
nie odpowiedziała, bo byliśmy już na miejscu
zatrzymała samochód, otworzyła drzwi od mojej strony, a kiedy wysiadłem, zadała pytanie
"o którego syna ci chodzi?"
i tyle jej było
publikacja Twórczość 9/2007