Obudziłem się w Europie przesiąkniętej wonią spalenizny. W czasie nudnych
lekcji rysowałem na kratkowanych kartkach papieru wojnę. Z lewej - my;
z prawej - oni. Wojna już dawno się skończyła, ale na mojej ulicy trwa
jej rozsypujący się szkielet zmaterializowany w podziurawionych odłamkami
bomb fasadach poniemieckich budynków.
W jednym z nich - tam gdzie jest teraz antykwariat (Platon) - znajdowała
się mała piekarnia, do której odbyłem swoją pierwszą samodzielną wyprawę
po chrupiącą bułkę kajzerkę za czterdzieści groszy, a babcia wyglądała
zapewne przez okno, bacząc, czy przypadkiem nie nadjeżdża samochód;
jeden z tych kilku, jakie pojawiały się na tej ulicy w ciągu całego
- jakże długiego wtedy - dnia.
Tylko raz otrzymałem z polskiego ocenę niedostateczną. Przyczyną nie
było jednak to, że nauczycielka należała do partii. Nie miałem zresztą
nic wspólnego z opozycją. Kiedy inni wywracali do góry nogami świat,
grałem jazz. Choć nigdy nie wiadomo, jak może to zostać kiedyś zinterpretowane.
Być może ci, którzy odważyli się pić w stanie wojennym coca-colę, zostaną
uznani za czołowych dysydentów.
Miasto było jeszcze spokojne i ciche, a w letnie dni sprawiało wrażenie,
jakby znajdowało się na leniwym końcu świata. Ponad godzinę trwała podróż
tramwajem na działkę pełną pachnących piwonii. Po szybie sunęła socjalistyczna
fabryka zabawek, która produkowała żywe misie, różniące się znacznie
od zalegających dzisiejsze sklepy trupów Myszki Miki.
Aby dojść do ogródka, trzeba było minąć stary, niemiecki cmentarz; cichy
i pełen bluszczu. Ale któregoś dnia przyjechały spychacze, usunęły płyty
nagrobkowe i zrobiono w tym miejscu park. Może wszystkie parki mają
taki początek.
Lubiłem tamte czasy, ponieważ wtedy po raz pierwszy się zakochałem.
Nie ma lepszych czasów nad te, kiedy się zakochujemy. Za to dzięki wprowadzeniu
godziny milicyjnej mogłem swobodnie prowadzić życie seksualne.
Jadąc pociągiem do Warszawy, poznałem pewnego wynalazcę, który przez
kilka godzin opowiadał o swoich niedoszłych patentach. W drodze powrotnej,
dwadzieścia lat później, to ja plotłem coś podobnego przez całą podróż.
Na koniec jeden z moich słuchaczy stwierdził, że niepoprawnie odmieniam
słowo tramwaj. To bardzo męczy, gdy zwracają ci wiecznie uwagę.
W pierwszej klasie dostałem linijką w dłoń. Piekący ból powraca, gdy
mijam na ulicy moją wychowawczynię; to jedyne wspomnienie z pierwszej
klasy. Wszystkie moje nauczycielki miały nieudane życie seksualne. Można
było o tym przeczytać z ich twarzy.
W moim kraju zawsze jest okres przejściowy. Jeszcze o tym nie wiem,
biegnąc po ostatnim dzwonku na piwo, przy którym muszę wysłuchiwać zwierzeń
wykolejonych bokserów ze szkoły Feliksa Stamma.
Miasto nocą było wtedy puste. Pośród ciszy dyskutowaliśmy o sensie istnienia.
Teraz ulice się zaludniły, choć pełne są rozmów o niczym. Pewne problemy
przestały być istotne, kiedy tracone bez opamiętania złotówki nabrały
realnej wartości.
Wielkim nietaktem było zlikwidowanie w wiadomym czasie papierosów marki
Sport (trzy pięćdziesiąt za paczkę). Tego smaku nie odzyskały już nigdy
żadne papierosy, a zapach Carmenów (po osiemnaście) przywodził na myśl
wielki świat znany z kolorowych ilustracji reglamentowanego pisma Ameryka,
które - niczym pamiętna relacja z lądowania na Księżycu - wielu ludziom
wydawało się mistyfikacją.
W każdej książce roi się od trupów, a już telewizja pokazywała ich kiedyś
całe sterty. Na szczęście nie transmitowano zapachów. Chociaż, kiedy
przychodził spec od napraw i zdejmował wieko telewizora, dobywała się
stamtąd specyficzna woń przypalonego kurzu. Patrzyłem zachwycony na
elektroniczne lampy, o których uczono mnie na lekcjach fizyki, ale w
końcu minęły ich czasy, a teraz i procesor wybiera się do lamusa
Mam jeszcze w piwnicy na półce starej szafy czarne, winylowe płyty.
Longplaye kosztowały na początku całe osiemdziesiąt złotych, a potem
- to chyba jedyna obniżka cen jaką pamiętam - sześćdziesiąt pięć. Ale
królowały pocztówki dźwiękowe.
Śpiewało się wtedy piosenki partyzanckie. Ja sam (mimo słabej pamięci)
znam ich tuzin.
W miejscu, gdzie sprzedają dzisiaj skórzane kurtki dla motocyklistów,
była publiczna biblioteka. Wypożyczyłem tam kiedyś Nędzników i chyba
dlatego zostałem konstruktorem.
W szkole nie przykładano zbyt wielkiej wagi do tego, czy uczniowie opanowali
tabliczkę mnożenia. Do dzisiaj nie wiem, ile jest siedem razy osiem,
ale projektowane przeze mnie konstrukcje stoją w kilku pięknych miastach
Europy.
Gdzie ja byłem, kiedy ludzie tworzyli swoje biografie. W osiemdziesiątym
roku umarła moja babcia; nic ważniejszego się wtedy nie wydarzyło. A
zresztą… świat rozwijał się tylko do roku 1964, a potem już przestał.
W końcu to właśnie wtedy Coltrane nagrał A Love Supreme, a w Cafe Au
Go Go Stan Getz i Astrud Gilberto dali przepiękny koncert.
Pewnego dnia, o świcie wypiłem mleko wprost z butelki, którą wyjąłem
ze skrzynki stojącej przed sklepem spożywczym; tak się dawniej zaspokajało
pragnienie wywołane burzliwą nocą. Dzisiaj, według rady Pilcha, należy
wypić zimne piwo, ale z piwem zawsze były kłopoty (z czym zresztą nie
było).
Kiedy przychodziło lato, dręczyło nas pragnienie. Słowo upał przechrzciłem
w pewnym wierszu na "upal", który znacznie gorętszy jest od pierwowzoru.
Stare wiersze krążą wokół mojej głowy. Nowe, zaraz po napisaniu, zapominam.
Jakie to ma jednak znaczenie, skoro więcej warte są reprodukcje od oryginałów,
a hasła reklamowe od poezji. W wierszu Świetlickiego, Całowanie, jest
mowa o najważniejszej płycie w historii jazzu, o której sam wcześniej
wspomniałem.
Budził mnie czasem stukot kopyt końskich o bruk ulicy. Przejeżdżał wóz
pełen węgla lub główek kapusty, mijając garbatą warszawę, a mój rowerek
marki Bobo mknął po chodnikowych płytach pokrytych kredową mozaiką gry
w klasy.
Nie lubię Cortazara. Wolę podróże do źródeł czasu, uwielbiam bowiem
wymyślne struktury złożone z najprostszych słów. Dobrze jest więc należeć
do ekskluzywnego klubu skupiającego kilkanaście osób (łącznie z panią
Eddą Werfel), które dotarły poza setną stronę dzieła życia Alberta Parisa
Gütersloha.
Z przyjacielem wypiliśmy w parku butelkę wina "patykiem pisanego" i
był to najszczęśliwszy dzień w moim życiu. Naprawdę.
Nieufność, z jaką odnosili się do mnie wydawcy, wynikała zapewne z wielkiej
ilości petentów. Wszystkie problemy świata biorą się ze zbyt wielkiej
liczby petentów. Komunizm upadł z tego właśnie powodu.
Z piwem zawsze były kłopoty. Butelki podnosiło się, obracało i sprawdzało
pod światło, czy coś w nich nie pływa.
W góry zabieraliśmy plecaki pełne chleba. Nie brakowało tylko octu i
zielonego groszku, a w sklepie spożywczym na rogu sprzedawano jedynie
lody Calipso; reszta na kartki.
Dzisiaj wszystko także jest na kartki, które zmieniły się niepostrzeżenie
w skąpo reglamentowane banknoty.
Nie chodzę do teatru. Od dawna przeraża mnie ciemność tuż przed rozpoczęciem
spektaklu. A i żaden western, nawet W samo południe, nie jest w stanie
mnie zaciekawić; brakuje mi głosu Suzina.
Kiedyś telewizory psuły się nagminnie. Trzeba było czasem przyłożyć
pięścią; pomagało.
Miasto nocą, bokserzy ze szkoły Feliksa Stamma i my, bohaterowie z wrocławskiego
liceum, którzy nie znali Miłosza i Gombrowicza (większości z nas to
pozostało).
Pewnego dnia odkryłem, że moi rówieśnicy poszli do wojska, a ja nie;
pomimo bohaterskiej śmierci Ignacego Rudowskiego w szarży na przełęczy
Somosierra. Moja wojna rozgrywa się na kratkowanych kartkach papieru.
Piszę również na takich kartkach.
I cóż mam począć, skoro moja wizja świata nie pochodzi z genialnego
dzieła Dantgo, lecz zawarta jest w zapomnianym obrazie Stanisława Różewicza.
Moje miasto już nie jest moje. Pożarły je jakieś obce samochody, pozajmowały
chodniki i oznaczyły swoje miejsca kroplami brunatnego moczu z misek
olejowych.
W Polsce i w moim domu (domu syna warszawiaka) powstanie warszawskie
wybucha co roku. Powtarzam sobie wtedy, by nie płakać, a śpiewać. Znam
przecież dwanaście piosenek partyzanckich.
Pani Maria twierdzi, że prymat paradygmatu romantycznego skończył się
już w naszej kulturze, ale we mnie to mieszka i gryzie. Coś z tym trzeba
uczynić, bo przyjadą spychacze i wszędzie zrobią parki.
Znakiem czasu są graffiti na pomnikach pamięci narodowej. W pewnej europejskiej
stolicy widziałem tylko jedno graffiti; miało polski tekst.
Ja oczywiście dwóję dostałem z romantyzmu, a przecież mój wiersz odczytano
na szkolnej akademii zorganizowanej z okazji rocznicy rewolucji.
Wieczorem pojechaliśmy z babcią na daleki cmentarz. Na niebie widoczna
była łuna, a ciepło zniczy ogrzało mnie na długie lata. Przydaje się
to szczególnie dzisiaj, gdy wyraźnie ochłodziły się stosunki międzyludzkie.
Dostojewskiego uwielbiam za dialogi. Ze zgrozą wysłuchałem zdania pana
Franciszka Nieckuli, że teksty w podrzędnych amerykańskich serialach
są jeszcze lepsze. Sprawdziłem. Ma rację.
Kiedyś kupowałem dropsy i świat natychmiast stawał się słodszy. W delikatesach
pachniała kawa Super; sklepowy młynek chodził na okrągło. Ale przyszły
złe czasy i w sklepach pojawiły się czekolady bez smaku, wypierając
rzetelne wyroby fabryki imienia 22 Lipca.
Wcale mnie nie zdziwiło, że pewnego lata podczas żniw w wiejskim sklepie
kupujący wino otrzymywał blaszany kubek zwrotny. Mandarynka była zaś
doskonała. W sklepach prywatnych kupowało się jednak inną oranżadę,
ale nie zauważyłem różnicy w jej smaku w zależności od koloru, którą
- nie wyjmując papierosa z ust - opisał tak barwnie Stasiuk.
Nie miałem szczęścia siedzieć w więzieniu, bo zajmowałem się w tamtych
czasach graniem na trąbce i zostałem jedynie pouczony przez patrol ZOMO,
że nie powinienem tego robić nocą na ulicy.
Ale przecież dzielimy się na tych, którzy w dopełniaczu liczby mnogiej
rodzaju męskiego preferują końcówkę "ów" lub "i". To przekłada się również
na poglądy polityczne.
Przyjemnie jest podczas drugiego śniadania coś poczytać. Na przykład
Ucztę Platona, choć to przecież o miłości, a tę sprawę najprościej wyrazić
w piosence.
Mówię więc sobie często: pisz tak, jak śpiewa Edith Piaf, a będzie dobrze.
Ale może to zbyt wielkie uproszczenie.
Któregoś wieczoru, a właściwie nocy, zapukał do drzwi milicjant trzymający
chwiejącego się Andrzeja Partuma. Powiedziano mi z przekąsem, że tak
wygląda poeta. Ale mnie się podobał. Choć jego wiersz Zwałka papki długo
był dla mnie niezrozumiały. Dopiero gdy usłyszałem w radiu głos Mirona
Białoszewskiego, czytającego swoją poezję, zrozumiałem, jak można opłakiwać
stary piec.
Miałem jeszcze to szczęście ogrzewać zmarznięte dłonie o rozgrzane kafle
pieca. A zima tamtego roku, kiedy ludzie wylądowali na Księżycu, była
tak mroźna, że zamknięto szkoły.
W trudnych latach pędziliśmy bimber. Trzymałem go w butelkach po wodzie
mineralnej, co kilka razy doprowadziło do komicznych sytuacji.
Nie zapomnę tej nocy, kiedy przerwano w telewizji film (czy ktoś oprócz
mnie pamięta jaki), aby pokazać lądowanie człowieka na Księżycu. W wiejskiej
świetlicy postanowiono wyłączyć telewizor, bo nie zgadzało się to ze
światopoglądem widzów.
Za bardzo wierzyłem fizykom, ale już od lat nie otwieram ich książek.
Z wielką przyjemnością zamieniłem Einsteina na Swedenborga, a ostatnio
coraz częściej patrzę na horyzont jakby był brzegiem płaskiego krążka.
Nie potrafię stwierdzić, czy lepiej się żyło z obrazami obozów zagłady
rozwieszonymi na ścianach naszych szkolnych klas. Niczym Hans Kastorp
przemierzałem wtedy kartki Borowskiego w poszukiwaniu śmierci, a doktor
Mengele był tak samo dobry jak bohaterowie Vernona Sullivana.
Pewnego dnia trafiłem do pustego kina na Popiół i diament. Scena z kieliszkami
powtórzyła się w kilka lat po stanie wojennym, choć śmiercią była teraz
emigracja. Na szczęście ja grałem wtedy na trąbce. Moje ulotki to były
nuty jazzowych standardów. Każdy przecież szuka swojej wolności. Niekiedy
charakteryzuje ją kwinta zmniejszona.
Ze zdziwieniem stwierdziłem, że ludzie bruLionu to moje pokolenie, a
mówią odmiennym językiem. Nie, nie z przykrością, z ulgą to stwierdziłem.
Pewien mój znajomy uczył się w szkole wojskowej, skąd musiał odejść
ze względu na słabe zdrowie. Niedawno dowiedziałem się, że jego odejście
podyktowane było postawą polityczną. Moje granie jazzu za sto lat przybierze
wręcz fantastyczny wymiar.
Obserwowanie zmian, jakim podlegają ostatnio miasta tej części Europy,
jest wielce pouczające. Odnawia się fasady, a głębiej nadal panują dawne
porządki. Ludzie również zmienili tylko kostiumy, kolory zaś niezmiennie
oscylują wokół barw, które opisał Henri Beyle.
Któregoś poranka obudziłem się w górskim schronisku i poszedłem pustą
ścieżką na polanę Jarząbczą. To już na zawsze zostanie w mojej pamięci,
jak pewien poranek w Montevideo zapamiętany przez skromnego pracownika
biblioteki imienia Miguela Cané.
Niegdyś na okładkach brulionów widniały wizerunki bohaterów narodowych,
ale przepędził ich Kaczor Donald.
Z taksówkami zawsze były kłopoty. Czekało się na postoju dłużej niż
jechało. Cztery pięćdziesiąt za pierwszy kilometr. Ale jazda warszawą
czy wołgą była tego warta.
Czas przemian obserwowałem z miasta Gutenberga. Pewnego dnia wjechałem
wózkiem do niemieckiego sklepu, a wyjechałem już w polskim supermarkecie.
No właśnie, te sklepy męczą wszystkich poetów, ale mnie już nudzi ich
narzekanie na wzmożoną konsumpcję. Czekam, aż ktoś napisze wiersz o
wyspie stu Napoleonów lub chociaż o wyścigach kotów z pęcherzem.
Dziurawią nam ciągle chodniki i ciągną kable telefoniczne. Możesz mieć
dzisiaj dwa, trzy, cztery telefony. A kiedyś czekał człowiek lat dwadzieścia
na tych magicznych pięć cyferek.
W gazetach coraz mniej jest informacji. Przeważa deseń, kropki i damskie
biusty, które ostatnio tak bardzo obrodziły.
Biblioteki posiadały wielkie księgozbiory, ale od kiedy mają trudności
lokalowe, wyprzedają co grubsze tomy. Niedawno kupiłem Motory Zegadłowicza
za siedemdziesiąt groszy
Za to żyletki są coraz droższe. Podatku od brody jeszcze nie wprowadzono
Kiedyś pociągiem zawsze jeździło się w tłoku. Dzisiaj przedziały przerażają
pustką, w której czają się złodzieje rowerów.
Jazz nadal nie jest zbyt popularny i w zasadzie wszystko, co mnie interesuje,
jest mało popularne.
Zauważyłem, iż w czasach, gdy płeć piękna nosi łechtaczki zamiast kapeluszy,
istnieje obawa przed ekshibicjonizmem męskim.
Niektórzy twierdzą, że tylko kobiety czytają książki. Mam podejrzenie,
że część mężczyzn zaczyna nosić podpaski.
Było nas w szkole trzech: Poeta, Sportowiec i Naukowiec. Naukowiec zginął
tragicznie, bo miłość wywołała w nim niescjentystyczne spustoszenie.
Sportowiec zasmakował w C2H5OH, a może i w bardziej skomplikowanych
strukturach połączeń chemicznych, za to poeta zaczął konstruować wieżowce.
Na szczęście w porę okazało się, że ma uczulenie na cement.
Mało kto pamięta okładki starych płyt (których ceny podałem wcześniej).
Zawsze ze wzruszeniem patrzyłem na czarno-białe oblicze Ewy Demarczyk,
ponieważ na jej policzku dostrzegałem cień peleryny Piotra Skrzyneckiego.
Nasłuchałem się też wielu opowieści o Janie Dynowskim. Od razu przychodzi
skojarzenie z Towiańskim.
Kolejki w urzędach pocztowych pozostały. Odszukanie awizowanej przesyłki
jest niezmiennie trudne.
Dla mnie czas zatrzymał się wraz z ostatnim szkolnym dzwonkiem, a symbolem
kobiety pozostała wiecznie niezaspokojona, podstarzała nauczycielka
sprzed rewolucji seksualnej, dla której Szuka kochania Michaliny Wisłockiej
nie różni się niczym od kolejnego tomu przygód Tystusa, Romka i A'Tomka.
Wykolejeni bokserzy ze szkoły Feliksa Stamma już dawno toczą walki pośród
obłoków. Pozamykano knajpy z ciepłym piwem, a wraz z nimi zamknięto
czyjąś młodość. Kto zdążył się zakochać w kelnerce w białym fartuszku,
ten ma szansę przetrwać.
W dzień po Czarnobylu przez miasto szedł ktoś w masce gazowej. Nie każdego
było stać na toast płynem Lugola.
Książek Hemingwaya nie napiętnowano jeszcze wtedy jako nieodpowiedni
wzór dla nowej klasy. Nieodpowiedni dlatego, że jego bohaterowie wygraną
okupywali śmiercią - na co nie może pozwolić sobie poważny biznesmen
(ze względu na trudność w sprawdzaniu z tamtego świata kursów giełdowych).
Nie, nie mogę mieć pretensji do swojej nauczycielki od języka polskiego
za to, że dostałem dwóję. Gadałem przecież bez przerwy z kolegą z ławki,
który wstąpił do partii. Ciekawe jest tylko to, dlaczego jemu nie przytrafiła
się podobna przykrość.
Warunkiem pisania długich utworów powinno być optymistyczne zakończenie,
ale musi być dobrze zakamuflowane, bo niektórzy czytają książki od końca.
Oczywiście można również kolekcjonować znaczki.
Pamięć zbiorowa jest czymś kuriozalnym. Czy tak trudno dociec, kto dobierał
tendencyjne cytaty z Dziennika bywalca kawiarni Rex?
Wolę Rabelais'go, który wywodzi "skąd wzięli się Pigmejowie", niż całą
współczesną wyzwoloną literaturę.
Jutro wszystko się zmieni, upadnie kolejne imperium, ale nauczycielki
języka polskiego będą nadal nieprzejednane. Może znowu, w miejsce antykwariatu
(Platon), powstanie piekarnia, a bułki kajzerki będą chrupiące jak niegdyś,
a ja znowu zacznę na kratkowanych kartkach wyrwanych z zeszytu rysować
wojnę zamiast pisać wiersze, które już dawno wypełniły całe moje mieszkanie.
Długie książki powinny mieć optymistyczne zakończenia; poematy również.
Nic jednak nie znajduję na pocieszenie czytelnika. Niech więc choć przywołam
wspomniany wcześniej wiersz o upale.
Patrzę się wokół
I jakby w oku
Sól
Tak w piętę uwiera mnie to
Że wszędzie
Gdzie ręką sięgnąć
I wzrok unieść
Tam upal
Okropny upal
Leżałem na łące i patrzyłem przez wysoką trawę na świat. I niech tak
zostanie. Ta perspektywa pospolitego chrząszcza w zupełności mi odpowiada.
publikacja "Odra" 10/2003