Polana Jarząbcza śniegiem zasypana, ale spod bieli błoto gdzieniegdzie prześwieca, a szczególnie na środku, gdzie droga wiedzie i koleiny głębokie. Ciężko przejść nie wdepnąwszy w maź, trzeba szukać kęp trawy i kamieni, a te, oczywiście, śniegiem zamaskowane.
U drugiego brzegu polany dwóch górali ociosuje wielki pień.
- Dzień dobry - powtarzam sakramentalne przywitanie, powtarzam tak, jakbym formułę czy zaklęcie wypowiadał.
- Dzień dobry - odpowiadają, ale zbyt są chyba zajęci pracą, by przejąć się moją obecnością, a o przestraszeniu się nie może być nawet mowy, bo siekiery w mocnych dłoniach dzierżą, twarze ich zaś stanowcze i poważne.
Idę więc dalej, borykając się ciągle z błockiem. Mimo owych oślizgłych trudności maszeruję szybko, co kończy się kilkakrotnym głębszym zanurzeniem. Nie na tyle jednak głębokim, abym poczuł wewnątrz butów wodę.
Nareszcie do przerzuconego nad szeroko rozlanym potokiem mostku dochodzę i tam napotykam dwóch kolejnych drwali. Grzecznie się z nimi witam. Tych zdziwiło moje pojawienie się.
- Chce się panu w taką pogodę wędrować? - pyta jeden z nich.
- Przecież ładna jest pogoda - odpowiadam.
Góral nic nie mówi, tylko pokazuje palcem ledwie widoczne stąd wierzchołki gór. Chyba ma rację z tymi swoimi wątpliwościami, bo sine chmury pojawiły się na niebie, sine, smutne, złowróżbne jakieś.
- Najwyżej zawrócę - tłumaczę bez przekonania.
Po drugiej stronie strumienia ścieżka stromo pnie się pod górę. Idę jednostajnym, ale szybkim tempem i zaraz muszę się zatrzymać, aby nieco odetchnąć, bo się nieźle zasapałem. Drwale idą w tę samą stronę. Nie dogonią mnie, bo już ruszam dalej, a kiedy dochodzę do niedalekiego lasu, nie widać już w dole nikogo.
W lesie cisza, śnieg i mróz szczypiący w policzki. To wysokość daje o sobie znać niską temperaturą. Znam tę drogę, ale nie szedłem nią nigdy w zimie. I chociaż biały puch zmienił wszystkie proporcje, nie mam żadnych problemów z orientacją. Nie spieszę się. Przede mną cały dzień; po co wracać do schroniska przed zapadnięciem zmroku? To plan, który muszę wykonać. Nie chcę samotnych godzin, które musiałbym spędzić w wielkim, pustym budynku. Paradoksalne, ale na co dzień marzę o samotności i spokoju, a kiedy już dosięgam go, muszę wypełnić jego czas wędrówką. Nie, nie jest chyba tak, a może jest.
Góra, na którą wchodzę, zwie się wdzięcznie Trzydniowiański Wierch. Wyprawa na nią w lecie to prosta wycieczka, niezbyt trudna jest również zimą, pod warunkiem wszakże, iż pogoda dopisuje. Te czarne chmury, które pokazywali drwale, nie wróżą niczego dobrego. Ale ja pragnę trudności. Ja chcę trochę z górami powalczyć.
Gdy wychodzę z lasu, bezlitośnie uderza we mnie wiatr. Widzę, że nie ma żartów. Wiatr jest silny i mroźny. Jeżeli już tutaj, dość jeszcze nisko, potrafił zachwiać mną, tam, w górze będzie naprawdę niebezpieczny.
Cofam się do lasu. Zakładam wszystkie ciepłe rzeczy, również ortalionowe ochraniacze na nogi i wypijam łyk gorącej herbaty. Dopiero teraz jestem gotowy do zmagania się z górą. Sam na sam. Człowiek i góra - cóż za zestawienie; zwykłe i niezwykłe zarazem.
Na otwartym stoku trudności się zwiększają. Uderzenia wiatru są coraz silniejsze. Od czasu do czasu wpadam w głębokie zaspy, a miejscami ślizgam się na wystającej spod śniegu przemarzłej trawie. Kiedy się zatrzymuję, z ciekawością oglądam widoczną stąd panoramę szczytów. Kolosy oprószone śniegiem wyglądają tak niedostępnie, jakby nikt dotąd ich jeszcze nie zdobył. Na kilku wierzchołkach czapy z sinych chmur. Obły grzbiet Trzydniowiańskiego również przysłania mgła. To następna przeszkoda, jaką przyjdzie mi pokonać.
Nie mogę długo stać, bo zimno jest bardzo przenikliwe. Idąc, rozgrzewam się, ale tylko trochę. W termosie jest gorąca herbata, lecz w tych warunkach trudno nawet marzyć o jej wypiciu.
Im wyżej, tym trudniej. Już zapomniałem, że walczę, że sam tutaj jestem, że góry, że niepogoda. To wszystko jest niczym w porównaniu z faktem, iż muszę nieustannie odparowywać ciosy wiatru. A wieje on z każdej strony. Kiedy pochylam się w lewo, wieje z prawej, kiedy pochylam się w prawo, wieje z lewej. Czasami sypie suchym, zlodowaciałym śniegiem prosto w oczy, oślepiając mnie na długą chwilę. Bywa, że ucichnie, pozwoli mi się zdekoncentrować, a kiedy zrobię kilka kroków, uderza ze zdwojoną siłą. Muszę wtedy opierać się rękami o śnieg, bo mam wrażenie, że chce mnie porwać i rzucić na nienawistne skały szczytów z drugiej strony doliny. A w walce pomaga mu moje zmęczenie - czyli ja sam. O tym wiem. Wiem również, że moja słabość jest słabością wiatru i góry, a moja siła jest również ich siłą. Jesteśmy przecież zbudowani z tych samych atomów. Jeżeli nawet na co dzień trudno w to uwierzyć, to teraz, tuląc się do oblodzonego stoku, tulę się tak, jakbym do człowieka się tulił, i to bliskiego, do siebie samego nawet. Niech więc wieje wietrzysko, niech mróz ściska, a śnieg pada, bo dzięki temu ja i materia, którą mam pod sobą, jednoczymy się, wtapiamy w siebie i odrywamy się dzięki temu od naszego wiecznego wroga i jedynego prawdziwego przeciwnika, który bruzdy rzeźbi na obliczach naszych, a imię jego - czas. Precz, precz, niech uleci w najdalszy kąt wszechświata, niech zostawi nas w spokoju. Niech pozwoli jednać się, kopulować, gwałcić, masturbować, robić to, co pozwala odczuć własne istnienie, ból, rozkosz, kaszel, gorączkę, uwielbienie, zniewagę, uwznioślenie, upodlenie i wszystkie inne "u", i wszystkie inne litery. Po to tu przylazłem, po to uciekłem, aby wcisnąć twarz w śnieg i zostawić jej odcisk niczym pośmiertną maskę. A jest pośmiertna, bo już zaraz inny jestem, a tamten umarł, pozostawiając tylko swój nędzny negatyw. Precz z nim, zrobię następne i następne, i następne.
Jestem wreszcie na szczycie, a raczej na grzbiecie jego, który ciągnie się spory kawałek do miejsca, gdzie zaczynają się wreszcie zarośla kosodrzewiny. Aby tam dotrzeć, należy przejść całe wypiętrzenie, chociaż przy tym wietrze jest to bardzo trudne. Co kilka kroków muszę przystawać, pochylać się i odwracać twarz, uchylając się przed mroźnymi powiewami. W miejscach, gdzie przewiało śnieg, jest ślisko, a i sam śnieg słabo trzyma się podłoża. Brnę bardzo wolno, chociaż żadna prędkość nie wydaje się w takich warunkach bezpieczna.
Kiedy łapię w dłoń pierwszą kiść kosodrzewiny, wiem, że niebezpieczeństwo mam poza sobą. Teraz już spokojnie przeciskam się ścieżką wiodącą między splątanymi zaroślami, wpadając co chwila w śnieżne jamy utworzone między powykręcanymi splotami korzeni. Droga jest żmudna, męcząca, ale jawi się prawdziwą przyjemnością w porównaniu z walką z wiatrem na stoku i grani.
Docieram wreszcie do lasu i siadam na pierwszym napotkanym leżącym pniu. Z ulgą zdejmuję plecak, który choć prawie nic nie waży, w trudnych warunkach krępował moje ruchy. Powinienem coś zjeść, napić się herbaty, ale sam odpoczynek to już bardzo wiele. Patrzę na las, jeszcze rzadki na tej wysokości, i z uwagą przyglądam się pokrytym cienką warstwą śniegu gałęziom. Niby zima, a nie zima. Tam, wyżej, nie miałem wątpliwości, tutaj trochę ich mam. Ale w końcu jest dzisiaj dopiero trzydziesty dzień października, a więc dopiero połowa jesieni.