Odtwarzacz grał Krzesanego.
Samochód minął odgałęzienie wiodące do Poronina i Jerzy wypatrywał drogi w prawo, a właściwie mostku prowadzącego na drugą stronę biegnącego równolegle do szosy strumienia.
Góry niewidoczne, a wokół szarości poprzetykane śniegowymi czapkami. Oddechu górskiego brak. W samochodzie ciągle to samo ciepłe powietrze z nawiewów, jakie czuł od początku podróży.
I niespodziewanie ukazał się mostek, który oczywiście minął. Na szczęście zaraz było rondo, na którym auto mogło zawrócić i już zaraz wjechało na mostek, a następnie w górę brukowaną drogą, drogą pamiętającą inne czasy.
Zatrzymał się przy dużym, dość zaniedbanym budynku.
"A zatem to ten osławiony ACR" - pomyślał, mając w pamięci fantastyczne opowieści kolegi, który spędził tu w latach 80. dwudziestego wieku trzy turnusy i do dzisiaj wspominał je z wypiekami na twarzy jako najszczęśliwsze chwile w życiu.
Niestety - z różnych względów - jego nie spotkało to szczęście. Szczęście zawieszone w czasie szarości, jaki nastąpił w ciężkich latach po stanie wojennym.
Wyjął z bagażnika plecak (jakoś nie potrafił - jadąc w góry - nie zabrać plecaka; walizka czy torba wydawały mu się niestosowne) i poszedł do drzwi, które wyglądały na drzwi wejściowe.
Nim udało mu się dotknąć wyświeconej aluminiowej klamki, z impetem jakimś niezwyczajnym drzwi otworzyły się i stanęła w nich istota w białym fartuchu. Strzeliła ogromnymi czarnymi oczyma i przepadła w mglistym powietrzu.
Szerokie przedwojenne schody poprowadziły go się na piętro.
Już na pierwszy rut oka ów rzetelny budynek z lat 30. dwudziestego wieku wyglądał na podupadły, niewiele pomogła mu bowiem renowacja - sądząc po stylu przeprowadzona w latach 70. - przykrywająca koszmarnymi boazeriami to i owo, oraz wyposażająca w meble z tamtego okresu. To, co dotrwało, było wytarte, połamane i - ewentualnie - wyjątkowo toporne naprawione.
Pokój rodziców, przestronny, urządzony meblami na wysoki połysk, który już nie był tak wysoki. Z okna przepyszny widok na panoramę Tatr. Ale dzisiaj - jak już wspomnieliśmy - nic nie było wdać; można było się zatem jedynie domyślać.
Pierwszą rzeczą, jaką zrobił po obmyciu się z trudów podróży, było zwiedzenie budynku pod przewodnictwem taty.
Dawna świetność tej budowli widoczna była na każdym kroku. Świetność i masywność, co podkreślał rodzic, skądinąd wielki fachowiec w dziedzinie budownictwa.
Największe zainteresowanie wzbudziły niesamowicie rozległe tarasy na najwyższym piętrze. Jak się okazało specjalnie tak zorganizowane, by mogły pomieścić leżakujących studentów cierpiących na gruźlicę, co w czasach przedwojennych było oczywistością. Naturalnie nieuchronne było skojarzenie z "Czarodziejską Górą".
Dywagacje przerwało hasło: do obiadu.
W stołówce sami starsi pacjenci. Jedynie przy stole dla personelu kilka młodych osób; między nimi czarnooka dziewczyna, którą minął w drzwiach sanatorium.
Przy posiłku rodzice opowiadali o pobycie w sanatorium, komentowali tutejsze porządki i opisywali personel medyczny. Oczywiście zastrzygł uszami, gdy była mowa o czarnookiej dziewczynie. Miała na imię Barbara i była lekarką. Psychiatrą czy psychologiem.
- I wcale nie jest taka młoda, na jaką wygląda. Jest chyba niewiele od ciebie młodsza; i miała już dwóch mężów.
- A teraz? - zapytał Jurek.
- Co, teraz?
- Czy ma męża?
- Oczywiście. Jest żoną ordynatora.
Po południu wybrali się do Zakopanego. To był czas, kiedy z podupadłego kurortu miasto zmieniło się w zeszpecone źle pojętą nowoczesnością miejsce, pełne fastfoodowych barów i sklepów, jakie znaleźć można w każdym zwykłym mieście. Dopiero dużo później pojawiły się tutaj wysmakowane, rustykalne knajpki z góralskimi orkiestrami i ciekawe architektonicznie rozwiązania dotyczące ulic, fasad i organizacji urbanistycznej, które przywróciły miastu jego niepowtarzalny urok z czasów jego największej świetności.
Znaleźli knajpkę, a może raczej kawiarnię, o salce wyłożonej podobną jak w sanatorium boazerią, gdzie usiedli nad talerzykami z wyschniętymi kawałkami tortu. W kącie drzemał nad kieliszkiem drwal, który swoje narzędzie pracy - potężną siekierę - oparł o ścianę.
Wtedy weszła ona, czarnooka lekarka; z nią jakaś koleżanka. Zamówiły kawę i usiadły przy stoliku obok. Pani Barbara pozdrowiła rodziców, po Jerzym przejechała obojętnym spojrzeniem.
Nic się nie działo. Mieli już zbierać się do wyjścia, gdy drwal ocknął się i zaczął łypać szklistymi oczyma po sali. Gdy dostrzegł lekarkę, wstał, wziął w dłonie siekierę i zagrzmiał:
- Chodź!
Zapowiadało się kiepsko.
Jakiego rodzaju impuls sprawił, że Jurek wyrzekł rodzicom uspokajające słowo, wstał, wziął pod ręce obie panie i spokojnie wyprowadził je na ulicę? Sam nie potrafił sobie na to pytanie odpowiedzieć.
Gdy wrócił do środka, okazało się, że drwal wrócił do przerwanej drzemki. Kiedy wyszedł na zewnątrz z rodzicami, kobiet nie było.
Wieczorem, przy kolacji, pani Barbara podeszła do ich stolika.
- Bardzo dziękuję za pomoc. Nie wiem, co ten człowiek mógłby zrobić… Jeżeli ma pan ochotę, w świetlicy na piętrze spotykamy się dzisiaj wieczorem ze znajomymi. Będzie lampka wina…
Zanim poszedł do świetlicy, wybrał się na górę i przespacerował po trasie. Było już ciemno, a jemu wydało się, że słyszy oddechy leżakujących chorych. Chrobotliwe, płytkie oddechy skazanych na zgaśnięcie.
To nie było miłe. Odczuł bowiem wyraźnie atmosferę beznadziejności, spotęgowaną wspomnieniem lektur mówiących o czasach, kiedy gruźlica była chorobą nieuleczalną.
Zbiegł szybko na pierwsze piętro i otworzył drzwi świetlicy. Wewnątrz nie dostrzegł nikogo, ale światło (co prawda niezbyt jasne) było zapalone.
Z cienia wyszła Barbara.
- No, cóż - powiedziała, rozkładając ręce - znajomi zawiedli. Wybrali się na dancing do Watry.
- Czemu pani z nimi nie poszła?
- Umówiłam się z panem. Mam przecież dług za uratowanie życia.
- Więcej było strachu niż rzeczywistego zagrożenia. A zresztą to przecież pani ratuje życie. Pani jest lekarzem.
- Psychiatrzy rzadko ratują życie. Zresztą i wyleczenia są nieczęste.
Włączyła radio. Jakaś spokojna piosenka.
- Zatańczymy? - zapytała.
Nie odpowiedział. Objął ją i poprowadził. Przylgnęła śmiało.
- Czy to wypada? A jeśli ktoś wejdzie? - zapytał szeptem.
- Bez obaw. Zresztą… jestem z mężem w separacji.
Zamknął oczy. Wydało mu się, że czas się cofnął. Że jest koniec lat trzydziestych, a świetlica jest pełna młodych ludzi, którzy zabawą pragną oddalić myśl o nieuchronnej śmierci.
"Właściwie wszystkich nas to czeka" - pomyślał i pocałował dziewczynę